Schody do nieba

Opowiadanie powstało na potrzeby konkursu „Absurdalny konkurs” na stronie „Nowej Fantastyki”.

– W pokoju na lewo są schody do nieba. Na prRrawo znajdziecie zejście do piekła.

– To gdzie jesteśmy?

– W PurRrgatorRrium.

– Gdzie?

– W PurRrgatorRrium – powtórzył dobitnie kot i wrócił do znęcania się nad złotą rybką, pluskającą się w słoju wypełnionym podejrzanie zielonkawym płynem.

Fikra spojrzał na swoją siostrę, a ona spojrzała się na Fikrę jego własnymi oczami odbitymi w mlecznych szkłach jej sztucznych gałek.

– Gdzie teraz? – powiedziała do brata, wyciągając ku niemu niepewną dłoń.

– Chodźmy do góry, pomogę ci.

Nakierował jej rękę na swoje przedramię i poprowadził ku schodom do nieba. Pierwszy stopień rozświetlił ciepłym czerwony blask, gdy na nim stanęli. Drugi za to zapadł się, równając poziom do pierwszego, tak że do trzeciego musiał się już podciągnąć. Droga do nieba nie należała do najłatwiejszych.

Kiedy Gandzi, wzdrygnęła się przestraszona krzykiem kolejnego schodka, Fikra pierwszy raz w swoim życiu pozazdrościł siostrze ślepoty. Turkusowe pająki, kręcące się w kółko na migających nad ich głowami pajęczynach, oraz stopnie, które krwawiły z ran, otwierających się pod ich stopami, nie miały żadnego wpływu na jej poczytalność. Nie widziała ich przecież, żyła w innym świecie.

Gdy natrafili na stopień opleciony gęsto przez pozwijane wężowe ciała Fikra kopnął pierwszego gada.

– Mówi sSsię przeprasSszam! – wysyczał wąż zwijając się w kłębek.

– Przepraszam, nie wiedziałem…

– To oczywisSte.

– Co jest oczywiste?

– WsSszysSstko – odsyczał z zadowoleniem wąż i wyciągnął ku niemu gadzią głowę.

– Rozumiem. Przepraszam… daleko jeszcze do nieba?

– JesSteśŚście w CzyśŚśćcu – mówiąc to wąż zatrząsł znacząco grzechotką swojego ogona.

– Gdzie?

– W CzyśŚścu – powtórzył wąż, poprawiając ogonem trinokle, zsuwające się z żółtej łuski jego pyska.

– Myślałem, że w Purgatorium.

– Nie sSsłuchaj kota, kot kłamie. JesSsteśŚście w CzyśŚścu.

– Daleko jeszcze do nieba?

– Dalej sSschodami.

– Dziękuję.

– Ależ prosSzę – wysyczał wąż i odpełzł.

Fikra pociągnął Gandzi za rękę na następny schodek, który, o dziwo, zachował się zupełnie, jak na zwykły stopień przystało. Kolejny był tak samo statyczny, jednak trochę bardziej stromy od swojego poprzednika. Z każdym krokiem, wydłużała się im wspinaczka, aż Fikra musiał podciągać Gandzi na każdy kolejny stopień, za wysoki, by ta mogła go samodzielnie zdobyć.

– Wierzysz mu? – zapytała, macając dłońmi za kolejnym schodkiem, uparta, jak zawsze, by robić wszystko sama.

– Komu? – spytał, splatając dłonie, by ją podsadzić.

– Wężowi. Wiesz, co mówią o wężach.

– Niby racja, ale nie miał nas nawet kiedy okłamać.

Fikra obejrzał się za siebie, żeby oszacować, ile już dzieliło ich od stopnia z wężami i zauważył, że zamiast w dół spogląda w górę. Spojrzał za Gandzi, aby zdać sobie sprawę, że patrzy w dół obserwując, jak jego siostra znika w ciemnościach za ostatnim stopniem.

– Gandzi! – krzyknął za nią w mrok, ale odpowiedziała mu tylko cisza.

Rzucił się w dół, lecz znalazł się o stopień wyżej. Im bardziej desperacko próbował dogonić Gandzi tym bardziej się od niej oddalał. Zdyszany usiadł na stromych schodach pośrodku ciemności.

– Mówiłem na lewo – odezwał się mruczący głos nad jego lewym uchem. Odwrócił się, by zobaczyć tego samego łysego kota, którego spotkali przed schodami.

– Kocie! Boże, kocie, jak dobrze, że jesteś! Gandzi zniknęła na dole, nie mogę się do niej dostać! Pomóż mi!

– Nie ma dołu – powiedział spokojnie kot i zaczął skrupulatnie wylizywać rozczapierzoną łapkę.

– Co?

Kot niechętnie zaprzestał wylizywania, spojrzał na Fikrę skośnymi oczami, przymrużył je na kocią modłę i powtórzył:

– Nie ma dołu. Jest tylko lewo i prRrawo.

– Kocie, nie rozumiem. Proszę cię…

– Nie prRroś, po prRrostu idź w lewo.

– Nie sSsłuchaj kota. – Usłyszał z prawej strony znajomy głos węża. – Kot kłamie.

Fikra odwrócił głowę i spojrzał gadowi w zielone oczy błyszczące zza trinokli.

– Twoja sSsiosSstra jesSst w piekle, a piekło jesSst na prawo – wysyczał mu w ucho, zagrzechotał ogonem i zniknął.

– Kocie… – Fikra obejrzał się na lewo, ale kota już tam nie było.

– … i co mam teraz zrobić? – powiedział do siebie, chowając twarz w dłoniach. Został sam ze swoimi myślami.

***

Gdy byli mali Gandzi poprosiła go, by ukroił jej kawałek zielonego jabłka, leżącego wysoko na kuchennym blacie. Fikra, jak na starszego brata przystało, przysunął drewniany stołek i wspiął się na niego, by zdobyć dla siostry upragniony owoc. Położył dorodne jabłko na tacce, jak zwykła to robić ich matka. Gdzieś daleko w dole podłogi Gandzi patrzyła na niego wyczekująco czarnymi dziurami swoich oczodołów. Rodzice krzyczeli na nią, gdy zdejmowała przepaskę, ale Fikrze nigdy to nie przeszkadzało.

– Masz je? – zapytała podekscytowana.

– Mam. Zaraz ci ukroję – odpowiedział, sięgając po ciężki kuchenny nóż, wiszący na ściennym haku. Chwycił jabłko lewą dłonią i przymierzył się do przekrojenia owocu na pół, ale ostrze ześlizgnęło się po mokrej skórce i rozcięło głęboko jego dłoń między kciukiem, a palcem wskazującym. Krew buchnęła fontanną. Parę kropli spadło na twarz Gandzi. Zmazała jedną z nich palcem, który szybko włożyła do buzi, oczekując zapewne jabłkowego smaku. Jej usta zamarły, gdy poczuły krew, a krzyk wypełnił jej gardło.

– Fikra! Fikra! Mamo! Maaaamo! – słyszał wyraźnie jej krzyki w swoich wspomnieniach, choć nie pamiętał własnych. Widział pod zamkniętymi powiekami, jak Gandzi sprawnie poradziła sobie wtedy, jak szybko namierzyła kuchenny ręcznik, jak ściskała go swoimi małymi rączkami, tamując krwawienie, zanim przybiegła ich matka.

***

Otworzył oczy i spojrzał na dłonie. Jako chłopiec nauczył się rozpoznawać kierunki tylko dzięki bliźnie między kciukiem, a palcem wskazującym. Blizna zawsze wskazywała lewo. Zaskoczony zauważył jednak, że teraz blizna szpeciła jego prawą dłoń – wskazywała mu drogę do Gandzi! Wstał ze stromego stopnia, wziął głęboki wdech i skoczył w ciemność po prawej stronie schodów.

Nie musiał się za bardzo rozglądać, żeby wiedzieć, gdzie się znalazł – czerwony neon nad barem wyraźnie mówił: „Witajcie w Piekle”.

Fikra podszedł niepewnie do lady i usiadł na wysokim barowym krześle. Myślał, że tego wieczoru przydarzyło mu się już wszystko, i że nic go nie będzie w stanie zaskoczyć, jednak wtedy podszedł do niego barman.

– To ty…- Fikrze urwał się głos, gdy barman uśmiechnął się do niego swoim scenicznym uśmiechem. Wyglądał na żywo zupełnie tak, jak na ekranie małego telewizora, na którym Fikra zwykł oglądać te wszystkie stare mafijne filmy, był nawet czarno-biały.

– Witaj Fikro.

– Ty… wiesz, kim jestem?

– Oczywiście. Wąż mi powiedział. Wspomniał też, że szukasz kogoś.

– Tak! Moja siostra, Gandzi, widziałeś ją?

– Ja wszystkich widziałem, wszyscy są mile widziani.

Białe zęby rozbłysnęły, gdy się uśmiechnął.

– Proszę, gdzie ona jest?

– W piekle ‚proszę’ nie działa.

– Słucham?

– Jesteś w piekle Fikro, tutaj nie działają już proszę, przepraszam i … jak było to trzecie?

– Dziękuję.

– Nie ma za co – zęby ponownie błysnęły. – Sęk w tym, że słowami nic w piekle nie wskórasz. Jeżeli chcesz znaleźć Gandzi, będziesz musiał zapłacić.

– Nie mam pieniędzy…

– Ktoś coś mówił o pieniądzach?

– Czyli…czyli czego chcesz?

– Więc tak – barman zatarł ochoczo ręce – tutaj mamy umowę, ja ci pomogę znaleźć siostrę, a ty w zamian staniesz za barem.

– Za barem?

– Ano za barem. Nie martw się, powiem ci wszystko, co i jak. Lata całe się stąd nie wyrwałem. Interes się kręci, jak szalony.

Fikra rozejrzał się po pustej knajpie. Stoliki przykrywał odwieczny kurz. Dyskotekowa kula kręciła się z cichym skrzypem, rzucając na opuszczony parkiet zajączki rachitycznego światła. Szafa grająca powtarzała w kółko ten sam rzewny metalowy kawałek: Hot, hot, hotter than hell, you know she’s gonna leave you well done…

Fikra spojrzał na swoje ręce. Blizna dalej tam była, ciągle na prawej dłoni. Przeprosił uprzejmie barmana, ale ten tylko go wyśmiał, a kiedy Fikra poszedł w prawo, kierując się korytarzem dumnie podpisanym fioletowym neonem „do kibla”, barman krzyknął za jeszcze nim:

–  Wróć, jak się już zmęczysz. Oferta będzie dalej aktualna – uśmiechnął się swoim aktorskim uśmiechem – a, i nie przepraszaj nikogo po drodze, to nic nie zmieni.

Na podłodze korytarza gęsto wiły się węże. Fikra wyglądał żółtego boa-grzechotnika, jednak nie było go nigdzie w pobliżu. Przeprosił pierwszego z gadów – bezskutecznie. Przypomniał sobie słowa barmana i wymierzył solidnego kopniaka w nieustępliwego żmija.

– Ty sSsukinsSynu! – zasyczał wąż, zwijając się w kłębek, jednak nie zaatakował. Fikra niewzruszony kopnął kolejnego gada.

– Ssspierdalaj konusSie! – wysyczał wąż, lecz także usunął się Fikrze z drogi.

Kolejne węże wyzywały go zajadle, gdy mozolnie przebijał się przez całą długość piekielnego korytarza, kopiąc jednego gada po drugim.

– Ssspadaj sSstąd!

– Ty śŚśmieciu!

Dostrzegł na końcu drzwi podpisane fioletowym neonem „To tutaj”

– To było WsSstrętne! – syczał kopnięty pyton.

– PosSsrało?! – rzucił kolejny.

Fikra dotarł do upragnionych drzwi i zatrzasnął je za sobą, by czym prędzej wyciszyć jadowite syki świszczące mu w głowie. Przed sobą zobaczył dwie pary drzwi. Te po lewej stronie, podpisane Frauen, zdobił obrazek małej dziewczynki sikającej do szklanej kuli ze złotą rybką. Rybka miała podejrzanie rozanielony wyraz dość ludzkiej, jak na rybę, twarzy. Na drzwiach na prawo pod napisem Herren widniał dopracowany rysunek chłopca robiącego to samo. Rybka na drugim obrazku była zdecydowanie mniej zadowolona.

Fikra odruchowo chwycił za klamkę drzwi do męskiego, lecz spojrzał na dłoń i zauważył, że blizna z dzieciństwa zniknęła z jego prawej ręki. Sprawdził drugą dłoń, by zauważyć, że znamię wróciło na swoje miejsce i dobitnie wskazywało na drzwi z lewej strony. Skierował więc kroki do damskiej łazienki. Złota rybka uśmiechała się do niego radośnie. Fikra zebrał resztki sił i wszedł do pomieszczenia.

Wewnątrz panowała całkowita ciemność.

– Fikra? – usłyszał w oddali znajomy głos.

– Gandzi! Gandzi gdzie jesteś?

– Tutaj.

– Gdzie, Gandzi, nic nie widzę!

– Ja też nic nie widzę.

– Wiesz, że nie o to… gdzie jesteś?!

– Na lewo.

Odwrócił się w jej stronę i ruszył niepewnie stawiając kroki w ciemnościach. Podłoże było miękkie, jakby szedł po trawie. Wyciągał przed siebie ręce, jednak nawet ich nie widział.

– Fikra, gdzie idziesz? – Usłyszał pytanie z boku i skręcił ku jej głosowi.

– Nie ruszaj się Gandzi, zaraz przyjdę!

– Nie w tę stronę! Tutaj, Fikra! – krzyk Gandzi wydawał się coraz odleglejszy.

Panika znów brała górę nad rozsądkiem. Fikra zatrzymał się, pomacał za blizną na dłoni i znów podążył za jej wskazówkami. Raz lewo, raz prawo. Podłoże pod stopami zmieniało się z miękkiego na twarde, co sprawiło, że dwa razy przewrócił się, boleśnie raniąc kolana. Głos Gandzi stawał się jednak coraz wyraźniejszy, a kiedy w końcu jej drobna rączka oparła się o jego ramię, poczuł, jak strach rosnący w jego sercu oddaje pole uldze.

– Gandzi! – westchnął, tuląc ją w ramionach. – Gandzi, słuchaj jesteśmy w piekle. Musimy się stąd wydostać.

– W piekle? – zaśmiała się – a to ci się udało braciszku, nie nabierzesz mnie tym razem. Tutaj jest tak pięknie. – odpowiedziała głosem pełnym radości.

– Pięknie? Jak pięknie?

– Te szumiące potoki, te pachnące kwiaty, to górskie powietrze owiewające twarz, śpiew ptaków pieszczący uszy. Niebo, braciszku. Nie chcę stąd odchodzić.

– Gandzi, siedzisz w ciemnym kiblu w piekle, na tyłach knajpy, której barmanem jest Humphrey Bogart!

– Fikra daj spokój – zaśmiała się znowu i poczuł, jak uderza go zadziornie piąstką w ramię – i nie strasz mnie już, tyle czekałam na ciebie. Gdzie byłeś? Chodź usiądziemy na trawie nad strumieniem to mi wszystko opowiesz.

Usiedli, poczuł dotyk chłodnej trawy, gdy oparł dłonie. Skupił uwagę i faktycznie usłyszał strumień szumiący opodal i ptaki śpiewające nad nimi. Zapach, który mylił z jej perfumami mógł istotnie być łąką pełną kwiatów.

– Tak się cieszę, że dotarliśmy już tutaj – westchnęła, opierając głowę na jego ramieniu – Tak tutaj pięknie, brak mi słów, nigdy nie czułam się taka szczęśliwa. Możemy zostać tu na zawsze, prawda, Fikra?

Dotknął jej włosów. Zamknął zmęczone ciemnością oczy.

– Oczywiście, kochana.

***

Nie wiedział, kiedy był dzień, a kiedy noc. Spał, gdy był zmęczony. Pragnienie gasił wodą ze strumienia. Gandzi przynosiła mu różne owoce, które zbierała na pobliskich drzewach, zachwycona, że w końcu ona, dla odmiany, mogła się nim zaopiekować. Plotła wianki na wiecznie czarnej łące, pluskała się w niewidzialnym jeziorze i śpiewała radosne piosenki niosące się z wiatrem w ciemnościach. Fikra z czasem przywykł do życia w mroku, a blizna na jego ręce zniknęła. Nie było już powrotu. Dokąd zresztą mieli wracać, wszędzie indziej nie byłaby przecież tak szczęśliwa, jak tutaj.

Jedna odpowiedź do “Schody do nieba”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *