Agalmato – rozdział pierwszy

W lesie za gnijącym pniem olbrzymiej, starej, wpół-zwalonej wierzby niszczał zapomniany cmentarzyk. Zdane na łaskę natury marmurowe nagrobki grubo porastał mech, bezlitośnie wdzierający się na kamienne statuetki i ornamenty starych, bogato zdobionych mogił. Spod splecionych gałęzi wszechobecnego bluszczu wyglądały twarze zmarłych, które lata temu zaklął w kamień nieznany światu artysta. Czytaj dalej Agalmato – rozdział pierwszy

Forum

Pierwszy szkic opowiadania powstał na konkurs CyberPunkNotDead na stronie Nowej Fantastyki. Od tego czasu minęło jednak wiele stron.

Akcja „Forum” toczy się w otoczonej murem metropolii ciągle stawiającej opór napierającym Czerwonym Piaskom, a dokładnie w najbardziej luksusowej dzielnicy centralnej. Ten zdegenerowany świat rozpieszczonej miejskiej elity maluje się krwawo i brutalnie w cyberprzestrzeni.

Dół, w którym palą trupy – część druga

Młody próbował uciec w nocy. Wysoki pisk alarmu, który zapewne włączył, gdy nieudolnie ściągał obręcz terytorialną z kostki, wywabił wszystkich chłopców z koi. Przez grube, różowe szkło wąskich okienek w naszym baraku patrzyliśmy, jak zapalają się lampy w hangarze. Psy ruszyły momentalnie w pościg. Dopadły Młodego w przeciągu minut i zaciągnęły nieprzytomnego do domu pod murem. Bezradny, mogłem jedynie obserwować, jak głowa mojego przyjaciela szurała po piasku, jak mikrofragmenty skóry odrywały się od policzka i skroni. Całą noc nie spałem czując jego krew napływającą mi do ucha, gdy tylko zamykałem oczy. Czytaj dalej Dół, w którym palą trupy – część druga

Poranek

Deszcz. Ciężko powiedzieć czy był przekleństwem, czy darem od wiecznie szarego nieba. Bił nieprzerwanie w pole siłowe, robiące za tarasowe okno, a z każdą kroplą mały dreszcz przeszywał mnie bólem głowy. Nie chciałem pamiętać, jak wróciłem do swojego śródmiejskiego apartamentu. Śmierdziałem fermentem parującym z mojej skóry, a kiszki skręcały mi się na samą myśl o wczorajszym wieczorze. Musiałem za późno uruchomić bypassy, a może zrobił to autopilot na chwilę przed tym, jak wpadłbym w kliniczną śpiączkę. Nie byłby to pierwszy raz. Czytaj dalej Poranek

Bar

Człowiek, jak ten wirus dostosowuje się do wciąż zmieniającego się środowiska i podobnie, jak wirusa niełatwo go wytępić. Gdy burze permanentnie zasłoniły niebo i śmiertelne deszcze wybijały rośliny i zwierzęta, człowiek zwyczajnie skrył się pod ziemią i zaczął gromadzić deszczówkę, która dziś służyła mu za niekończące się źródło prądu. Generatory Traveltonu zasilane odparowanym kwasem rozświetliły na nowo świat, a Słońce znów wstało nad blokami i nikt nie narzekał, że hologramowe. Czytaj dalej Bar

Tyma

Hałas nocy odbijał się z charakterystycznym szumem od wysokich ścian oszklonych budynków, a tysiące świetlnych zajączków tańczyło na wiecznie drgającym polu siłowym, ściśle okalającym każdy z niknących w smogu wieżowców. Ta olbrzymia, przeźroczysta powłoka w teorii powstała, by chronić budynki przed skażeniem, w istocie jednak robiła za niewidzialną tarczę dla przelewającego się ulicami tłumu, zasłaniając go nie tylko przed deszczem, ale przede wszystkim przed ekscentrycznymi pomysłami mieszkańców górujących nad deptakiem bloków socjalnych. Jeszcze parę lat temu losowy sprzęt domowy mógł w każdej chwili wylecieć z okna na czterdziestym-którymś piętrze i z impetem roztrzaskać się pod nogami, lub co gorsza na głowach nieświadomych zagrożenia spacerowiczów. Co prawda w tamtych czasach nikt o zdrowych zmysłach by też tędy zbytnio nie spacerował. Teraz potencjalne narzędzie zbrodni zwyczajnie odbijało się od bariery i, o ile nie trafiło rykoszetem w okno jakiegoś mniej fortunnego sąsiada, lądowało na jednym z piętrzących się pod blokami stosów elektrośmieci.

– Pozmieniało się, co? – głos Jerrego wyrwał mnie z rozmyślań – Patrz i podziwiaj, jak nad slumsami panuje „Ład i Porządek”. Pieprzony Travelton, ale trzeba przyznać, ładnie tu posprzątali. Normalnie bajka. Szkoda, że tylko dla tych cholernych turystów! – ostatnie słowa wykrzyczał w ucho mijanemu przyjezdnemu, który, zachwycony tą przypadkową napaścią, zdążył pstryknąć parę fotek szkłami swoich oczu, zanim długonoga piękność nie poprowadziła go dalej w tłum, przesyłając Jerremu jedynie groźne spojrzenie. Gdyby nie widoczna z kilometra odznaka na pancerzu, z pewnością posłałaby mu dodatkowo krótkie ostrze między żebra.

– Nic się nie bój, słodziutka, nie zjem ci go! – wydarł się jeszcze za nimi, po czym, niewzruszony, kontynuował swój niepotrzebny wywód.

– Spacer głównym szlakiem miejskim… Czuję się, jakbym lazł po kolana w rzece gówna. Każdy wysrany przez turystę cent dokłada się do tego syfu. Powinniśmy do nich, kurwa, strzelać!

Jerry miał trochę racji, choć jego stricto czarno biały świat dawno przestał mnie zajmować. Moralność Kalego, nasi i obcy, swoi i ci, których nie lubimy, ci, do których można strzelać, ci, którym nie współczujemy. Niestety, nasza przyjaźń kończyła się tam, gdzie kończyły się żarty, szczególnie, gdy chodziło o politykę. System, do którego po latach wszyscy zdawali się przywyknąć nieustannie godził w moje poczucie sprawiedliwości. Moje miasto przejrzało i znajdowało się w stanie fermentacji, z roku na rok zwiększając toksyczność i tak już zabójczej atmosfery, jak jabłko, które potajemnie gniło pod lśniącą skórką gęsto pokrytą konserwantami. Gnijemy razem z nim, my lokalsi, otuleni w celofan ignorancji, niezdecydowani, kiedy dokładnie powinniśmy wyskoczyć z rosnącego wkoło ukropu. Gotujemy się w nim powolutku i na własne życzenie, zbyt łakomi niekończącej się fali turystów, zlatujących się do miasta uparcie, jak muchy do trupa. Wspólnie, zamieniamy stale euro na używki i odwrotnie, napędzając monstrualne koła niewidzialnej machiny, Travelton Corporation, i choć nie byłem lepszy – jeden z miliona kręcących się pod dyktando trybików – dławiła mnie ta społeczna patologia nacierająca z każdej strony.

Mijaliśmy inwazyjnie migoczące szyldy salonów masażu, klubów nocnych i spotów VR. Z zewnątrz reklamowały światowej sławy marki, wewnątrz kryły spółki widmo gotowe przenieść klientów w miejsca zakazanych rozkoszy. Kto twierdził, że szczęścia nie można było kupić, z pewnością nie posiadał wtyczki. Choć fizyczny seks znudził się masom już w latach trzydziestych, a cyber w pięćdziesiątych, na mieszankę dalej łasi byli wszyscy, a najwięcej mieszańców mieliśmy właśnie tutaj.

– Taki prosty gość, jak ja nie ma tu czego szukać – rzucił Jerry i zagwizdał na luksusową eskorterkę, która w odpowiedzi pokazała mu fantazyjnie umalowany paznokieć, zdobiący jej środkowy palec. – Tu przyjeżdżają tylko tacy spaczeńcy, którzy chcą bzykać napędzane bateriami jądrowymi laleczki. Maszynki do fellatio nie odróżnisz na pierwszy rzut oka, nawet na drugi. Dopiero, jak umoczysz i włączą się te wszystkie dodatki, wiesz, że rżniesz blaszaną puszkę.

– Żywe kobiety też instalują sobie dodatki – skomentowałem i pomyślałem o Neishy.

– Blachary! – rzucił przez zęby Jerry i sprawdził kolejną boczną alejkę.

Paru ćpunów przestraszyło światło naszych latarek. Uciekli, pełznąc na czworaka w głąb ciemnej uliczki. Nienaturalnie wyciągnięte twarze czarniaków już mnie nie wzruszały. Nic tutaj nie było naturalne, a już na pewno nie dragi. Nawet zastrzyki domózgowe nie przetrwały próby czasu. Nie było sensu ich zażywać bez wtyczki. Nic nie miało sensu bez VR, bo przecież, po co ćpać cokolwiek innego? Co działało lepiej niż słodka, czarna ambrozja prosto z legalnych serwerów Traveltonu? Nic nie było lepsze, tańsze i bardziej dostępne. Po instalację wystarczyło wejść do pierwszego lepszego spotu, potwierdzić płatność skanem i podpisać zgodę na ingerencję w żywy mózg – w końcu, jeżeli ktoś nie chciał ryzykować spalenia sobie wszystkich obwodów w zamian za sekundę w objęciach ambrozji, mógł zwyczajnie nie szukać wrażeń w Wolnym Mieście.

Radar lokalny, jak zwykle pierwszy namierzył nasz cel. Dwieście metrów alejką na lewo. Wystarczyło parę kroków z dala od oświetlonego, zabezpieczonego siłówką szlaku, by znaleźć się w jednym z tych miejsc, które przestrzegały tylko własnych zasad. Pierwsza z nich brzmiała niezmiennie, że żadnych zasad nie było. Osmolone kłębowiska kabli i rur gromadzących deszczówkę całkowicie zakrywały niebo. Wchodziliśmy między nie niczym do pieczary czyhającego w ciemnościach drapieżnika.

Cel w zasięgu 50m zakomunikował radar na wspólnym kanale.

Granica ostatniej siłówki rysowała się przybrudzoną, iluminującą na żółto linią, za którą widać było już tylko nieprzebytą czerń. 10m.

– Co się dzieję, Tyma?

– Przez chwilę zdawało mi się, że…

– Tyma!

Czarne macki kabli owinęły się wokół mojej kostki i wciągnęły w ciemność. Fotokomórka zabłysła ostrzegawczo, gdy przekroczyłem niewidzialną granicę między światami: „Uwaga, opuszczasz strefę bezpieczeństwa.”

– Co ty nie powiesz? – przemknęło mi przez myśl, zanim się odwróciłem, by zmierzyć się z przeciwnikiem.

Szaleniec wyłonił się z cienia. Zobaczyłem jego twarz, gdy mignęła między zwojami kabli. Przekształciłem nadgarstek w krótkie ostrze laserowe i płynnym cięciem odrąbałem więżące mnie macki. Wygenerowane automatycznie endoopiaty stłumiły drażniący ból w nodze, lecz natychmiast w moją stronę poleciały następne ciosy. Zainicjowałem tryb bojowy, który usprawnił za mnie biochemię mózgu i słodka adrenalina popłynęła żyłami, a ból całkowicie rozmył się w morfinowym morzu. W ułamku sekundy byłem w pełnej gotowości i zwój za zwojem przerzynałem się do celu ‑ do czerwonego oka migoczącego pod plątaniną bioblaszek. Z każdą odciętą kończyną stwór zdawał się coraz bardziej ludzki, a kiedy w końcu ostrze zatrzymało się na pancerzu właściwym, zawył i rzucił się do ucieczki.

Zanim skręcił za róg alejki, dogonił go pocisk wybuchowy. Cyborg rozleciał się na setki części, które na naszych oczach roztopiły się w locie w chmurze kwasu towarzyszącej wybuchowi. Chmura następnie połączyła się z pyłem zanieczyszczonego powietrza i opadła, lekko sycząc w kałuży na poparzonym chodniku. Kwaśny deszcz nie był dla niego żadną nowością.

Ciszę po wybuchu szybko zapełniło wieczne buczenie miasta, które od dziecka kojarzyłem z przeszywającym dźwiękiem dentystycznego wiertła, obijającego się o powierzchnię syntetycznego zęba.

– Przesadziłeś, Jerry – burknąłem, gdy, jak zawsze w takich momentach, podniósł swoją nieprzekształconą dłoń i czekał, aż przybiję mu piątkę.

– Daj spokój, stary.

Jerry uśmiechnął się głupio, nie opuszczając ręki. Ominąłem go i udałem, że badam miejsce po wybuchu.

– Dopadłbym go żywego – powiedziałem do plamy wyżartej w chodniku.

– Przy czwartym stadium cyberpsychozy? W tej puszce nie było już nic żywego.

– Nie nam to oceniać.

– Mówiłem ci już, żebyś nie zaczynał do mnie z tą gadką, jak jestem trzeźwy. Mieliśmy robotę, załatwiliśmy ją. Zabezpieczyliśmy teren i rzeka gówna może płynąć sobie dalej. Nikt łezki nie uroni za tym blaszakiem. Chodź, stawiam pierwszą kolejkę.

Hijo de la Luna

Hijo de la Luna by I-GUYJIN-I

Zacisnęła zmarznięte palce na płótnie zawiniątka. Nocne stworzenia ucichły, strwożone desperacją, z jaką Cyganka przedzierała się przez uśpiony las. Gałęzie smagały rozpalone policzki, a mróz piekł w odsłoniętą skórę. Skrywała kruczoczarne włosy pod kapturem zszytym z łachmanów. Klątwa, której nigdy nie chciała, ciążyła w ramionach. Czytaj dalej Hijo de la Luna

Krew na jedwabiu

Opowiadanie oparte na wycinkach z otwockiego Kuriera Porannego z lat 1930-1937

Krew na Jedwabiu

Pod zamkniętymi drzwiami dworcowego baru stała drobna brunetka i paliła piątego papierosa. Było cicho, nawet lodowaty wiatr na chwilę przestał kołtunić długie, rozpuszczone pod futrzaną czapką włosy. Strach stopniowo narastał w sercu z każdą mijającą na zegarze dworcowej wieży minutą. Sokółka za długo nie wracał. Kobieta nerwowo zgasiła papierosa w śniegu na parapecie, obok rzędu pozostałych niedopałków i sięgnęła ponownie do podróżnego kufra po srebrną papierośnicę. Przeklęła, gdy zapałki wypadły jej ze zmarzniętej dłoni. Schylała się, by poszukać ich w zaspie, gdy niski głos wypowiedział jej imię. Czytaj dalej Krew na jedwabiu

Dół, w którym palą trupy – część pierwsza

Potwór biegł, a pustynny pył kłębił się pod ciężarem jego opancerzonych łap. Widoczne pod przesuwającymi się płytkami metalu mięśnie pracowały na pełnych obrotach. Wspomagane włóknami polimerycznymi ścięgna wyprężały się, pogrubione żyły pompowały rytmicznie krew, a kropelki piany dobywającej się z morderczej, hiperdontycznej paszczy unosiły się na wietrze. Czytaj dalej Dół, w którym palą trupy – część pierwsza

Forum – Randka

Przed wyjściem ustawił status randki na stałe w kąciku prawego oka, tuż obok wyszukiwarki. Był wdzięczny za nową aplikację, wciąż zapominał o istotnych faktach.

Na początku używał szkieł tylko w pracy, ale szybko znudziło mu się wyciszanie powiadomień. Nie zauważył dnia, w którym przestał wyłączać urządzenie. Teraz w lewym oku wyświetlał wpisy na Forum, prawe spersonalizował na pulpit. Włączał szkła, gdy się budził, wyciszał, gdy zasypiał. Czytaj dalej Forum – Randka