Krew na jedwabiu

Opowiadanie oparte na wycinkach z otwockiego Kuriera Porannego z lat 1930-1937

Krew na Jedwabiu

Pod zamkniętymi drzwiami dworcowego baru stała drobna brunetka i paliła piątego papierosa. Było cicho, nawet lodowaty wiatr na chwilę przestał kołtunić długie, rozpuszczone pod futrzaną czapką włosy. Strach stopniowo narastał w sercu z każdą mijającą na zegarze dworcowej wieży minutą. Sokółka za długo nie wracał. Kobieta nerwowo zgasiła papierosa w śniegu na parapecie, obok rzędu pozostałych niedopałków i sięgnęła ponownie do podróżnego kufra po srebrną papierośnicę. Przeklęła, gdy zapałki wypadły jej ze zmarzniętej dłoni. Schylała się, by poszukać ich w zaspie, gdy niski głos wypowiedział jej imię.

– Szajne Adlerstein?

Wysoki mężczyzna w skórzanym, brązowym płaszczu uśmiechnął się spod krótko przyciętego wąsika, widząc zakłopotanie w jej piwnych oczach.

– Gdzie jest Abram? – zapytała nieznajomego.

– Dołączy do nas niebawem. Tymczasem zapraszam do środka – powiedział, otwierając kłódkę od barowych drzwi.

– Napije się pani kawy? – dodał, przepuszczając ją przodem.

Szajne obejrzała się na opuszczony, zaśnieżony dworzec, kontrastujący z przytulnym wnętrzem pomieszczenia.

– Chętnie – odpowiedziała, przekraczając niepewnie próg.

Drewniana podłoga zaskrzypiała pod jej butami.

– Z kim mam przyjemność? – dodała.

Mężczyzna schylił się po jej bagaż i wniósł kufer do lokalu zanim odpowiedział.

– Szymcha Kagan, do usług.

Szymcha powoli zamknął za nimi ciężkie drzwi. Do tej pory szło mu, jak po maśle. Wkrótce jednak przekonał się, że Szajne, nie dała się tak łatwo podejść. Usiadła blisko wyjścia, tyłem do ściany, tak, że nie miał jak zbliżyć się niepostrzeżenie. Eter parował z ukrytej w kieszeni apaszki, a kobieta robiła się nerwowa, trzeba było rychło działać. Nastawił kawiarkę i sięgnął po tabletki. Bał się, że przesadzi i dziewczyna nie wybudzi się już z farmakologicznej śpiączki. Z drugiej jednak strony nie chciał, żeby ocknęła się przypadkowo na granicy i zrobiła scenę w pociągu. Trzy pigułki, góra cztery. Pięć – za dużo, konia z nóg by mogło zwalić. Zamieszał pośpiesznie napój i postawił filiżankę przed zestresowaną kobietą. Odczekał cierpliwie parę chwil, nie chciał w końcu sprawić wrażenia, że ją ponagla. Dziewczyna jednak pozostawała obojętna na parujący przed nią kubek.

– Kawa pani nie wystygnie? – zapytał uprzejmie.

– Ach, przepraszam – odpowiedziała w jawnie udawanym zamyśleniu – jakoś straciłam ochotę na kawę.

– To może coś innego?

– Nie, dziękuję. Proszę już nie wstawać. Co pan robi?

– To, za co mi płacą – odpowiedział Szymcha i uderzył kobietę mocno z otwartej dłoni w skroń.

Szajne zamroczyło. Na parę sekund straciła przytomność. Ocknęła się, gdy mokra apaszka zasłoniła jej usta. Walczyła, żeby się nie udusić, histerycznie wciągając powietrze. Pięć oddechów później osunęła się nieprzytomna w ramiona oprawcy. Zadziwiające, w jak krótkim czasie eter działał na szczupłe kobiety.

***

Ostre światło jarzeniówki ukłuło, gdy otworzyłem oczy. Rozmyty obraz wyostrzał się powoli. Leżałem przywiązany pasami do szpitalnego łóżka i choć od lat była to moja codzienność, wciąż czułem wyraźny dyskomfort, szczególnie, gdy głęboki, alabastrowy głos pani dr Lewinówny wydobywał się z cienia.

– Powiedz mi, jak to było – zażądała.

Nie odpowiadałem.

– Opowiedz mi o swojej siostrze.

Odwróciłem głowę i skupiłem wzrok na cieniach kreślącym się na białej ścianie. Krzywizny i niedoskonałości tynku malowały mozaiki tajemnych znaków, otwierały maleńkie portale do odległych wymiarów.

– Mamy dużo czasu – dodała, przeciągając samogłoski z niekrytym zadowoleniem.

Nie musiałem widzieć tego bezwzględnego uśmiechu, żeby wiedzieć, że zawitał na jej chudej twarzy. Doktor lubiła swoją pracę.

– Zacznij, od kiedy pamiętasz ostatnio, na przykład, co robiłeś tamtego dnia rano?

Zamknąłem się w sobie. Wiedziałem, co chciała usłyszeć. Wtopiłem wzrok w ścianę i przygotowałem się, by w razie potrzeby odgryźć sobie gadatliwy język.

Drobna dłoń w białej rękawiczce sięgnęła do metalowej tacki stojącej przy łóżku i podniosła z niej pokaźną strzykawkę. Igła przebiła moje przedramię, a dobrze znana błogość rozlała się po ciele, rozluźniając napięte mięśnie. Słodki Luminal. Doktor upewniła się, żebym nie dostał ataku podczas przesłuchania. Ręce opadły bezwładnie i zawisły uwięzione w pasach po obu stronach łóżka.

– Powiedz mi o morderstwie – zażądała słodkim, powolnym głosem i zmrużyła kocie oczy.

Była niewielką kobietą, lecz jej determinacja, zawziętość i brak litości były legendarne na oddziale. Siedziała tak przede mną na ciężkim drewnianym krześle: mała, zasuszona lekarka, od której biło coś iście diabolicznego. Napełniła ponownie strzykawkę i bezceremonialnie wbiła mi ją w to samo miejsce, które jeszcze szczypało od poprzedniego zastrzyku. Narkotyk rozlazł się po mnie tysiącem mrówek.

– Powiedz mi o morderstwie – powtórzyła.

Zdziwiony, usłyszałem zza gęstej mgły swój własny, odurzony głos.

– Co pani doktor oczekuje, że usłyszy?

Jej usta wykrzywiły się w tym paskudnym uśmiechu, którego cień nie raz już widziałem. Pojawiał się zawsze wtedy, gdy zaciskała mi boleśnie skórzane pasy na nadgarstkach, lub obcinała za krótko paznokcie. Teraz jednak mogła pozwolić sobie na znacznie więcej, niż do tej pory i puścić nieco wodze fantazji.

– Wszystko, Naftal. Oczekuję, że powiesz mi wszystko.

***

Urodziłem się w 1903 roku i żyłem w absolutnych luksusach w olbrzymiej willi w Śródborowie razem z rodzicami i dwiema młodszymi siostrami. Mimo bogactwa i przepychu, które kojarzą mi się z wczesnym dzieciństwem, świat zawalił się rodzicom na głowę, gdy zdiagnozowano u mnie chorobę nerwową, a dom opętało niekończące się piekło moich gwałtownych ataków.

Dostałem od rodziców wszystko, co tylko mogli mi kupić. Niestety nie zaliczało się do tego zdrowie. Jako jedyny z piątki dzieci nie byłem jego chodzącym okazem i wymagałem stałej opieki. Nie nadawałem się ani żeby iść z ojcem do pracy, ani żeby uczęszczać z siostrami do szkoły. Większość czasu spędzałem więc samotnie w sanatoriach.

Ojciec wydał majątek, żeby sprowadzić do miasta najlepszych psychiatrów w kraju i specjalnie dla mnie poszerzył, i tak już ogromny, kompleks sanatoryjny o placówkę dla nerwowo chorych. Traktowali mnie tam, jak księcia. Miałem najlepszą opiekę w kraju i może żyłbym tak do dziś, gdyby nie okrutny los, który zadecydował inaczej.

Ojciec miał biuro na pobliskim oddziale dla gruźlików. Odwiedzałem go codziennie, choć nie lubiłem tego miejsca. Placówka różniła się znacznie od zakładu dla nerwowo chorych, do którego przywykłem. Na terenie ośrodka nie spotykało się ludzi, a korytarze były wiecznie puste. Ciężko chorzy gruźlicy, który byli tam umieszczani, nie opuszczali swoich pokojów, z wyjątkiem wyjść na posiłki i zabiegi. W budynku dodatkowo unosił się podejrzany zapach benzyny. Ojciec odparł raz zagadnięty, że to z silników w ciepłowni.

Pewnego razu, kiedy byłem już duży, wracając z jego gabinetu, spotkałem starszego pana, który siedział w otwartym oknie na pierwszym piętrze, ubrany w dwa szlafroki. Zapytany co robi, odparł, że idzie na spacer, po czym odwrócił się brzuchem do parapetu, chwycił się go obiema rękami, spuścił nogi, a za nimi całe ciało i skoczył na stertę liści usypaną na ziemi. Mój krzyk zaalarmował pielęgniarki, które złapały spacerowicza, zanim ten zdążył się oddalić. Słyszałem jeszcze, jak odgrażał się, że pójdzie ze sprawą do gazet – jak zresztą później uczynił.

Prasa okazała się zgubą mojego ojca. Inspekcja, przysłana z Warszawy w reakcji na szokujący artykuł w Kurierze Porannym, przyjechała do zakładu pewnego ciemnego, zimowego dnia i znalazła w piwnicy sprawnie funkcjonujący punkt przerzutowy południowoamerykańskiej kokainy. Policja przybyła szybko na miejsce i zarekwirowała ponad trzy kilogramy narkotyku. Ojca oraz wszystkich pracowników zakładu aresztowano.

Sąd skazał go na rok więzienia i choć po apelacji zmniejszono wyrok o połowę, nie uratowało go to przed wrogami, którzy czekali po drugiej stronie krat. Wytrzymał w zamknięciu parę miesięcy. W krótkim liście, który otrzymaliśmy w jednej kopercie wraz z nakazem eksmisji, przekazano nam kondolencje i adres zakładu pogrzebowego, do którego skierowane zostały zwłoki, po tym jak odmówiono ich przyjęcia na lokalnym cmentarzu żydowskim. Z załączonego protokołu wynikało, że ojciec powiesił się w swojej celi.

Rozpacz mojej matki nie miała końca. Tygodniami topiła smutki w ginie i brandy. W spadku po ojcu trafiło nam się ponad pięćdziesiąt tysięcy złotych długu – pieniądze niewyobrażalne do spłacenia. Zaczęliśmy otrzymywać pogróżki zarówno od mafii, jak i od windykatorów miejskich. Wszystko, co posiadaliśmy miały prawo skonfiskować sępy i hieny. Jedną z nich był były wspólnik mojego ojca, który nachodził nas regularnie.

Starsza z moich sióstr, Szajne, zabrała ostatnie pieniądze z sejfu jako swój posag, a mając do sprzedania jedynie nazwisko, rzuciła swojego ówczesnego narzeczonego i postanowiła wydać się za mąż za majętnego brazylijskiego Żyda. Spędziliśmy razem ostatnią Chanukę, zanim Szajne wyjechała za ocean, skąd obiecała przysyłać pieniądze. Nigdy więcej jej nie widziałem, a żaden list zza oceanu do nas nie dotarł. Narzeczony Szajne ruszył jej szukać i o nim również słuch wszelki zaginął.

Matka zapijała emocje, podczas gdy mnie pozostawiła opiekę nad czternastoletnią Hinde. W rzeczywistości to mojej małej siostrze spadł nagle na głowę obowiązek dbania o całe domostwo. Przez chorobę nie nadawałem się nawet do tego, żeby zatroszczyć się sam o siebie. Często zapominałem o lekach, jedzeniu, a wręcz nie byłem w stanie stwierdzić, czy w ogóle spałem danej nocy.

Nie głodowaliśmy tylko dlatego, że wspólnik i wierzyciel mojego ojca odwiedzał nas codziennie z koszykiem jedzenia. Matka kazała nam zwracać się do niego: „wujku”. Nazywała tak wszystkich amantów, którzy przynosili jej wieczorami alkohol. Żadnemu jednak nie był w smak mariaż z zadłużoną wdową. Czasami wujek Abram przychodził do nas na birbantki z kolegami. Wtedy za każdym razem, kiedy wychodzili nad ranem, gdy matka jeszcze spała, zabierali coś z ze sobą. Po parotygodniowej prywatce wynieśli nie tylko jej biżuterię, ale i resztę złota po dziadku wraz z całą sztuką. Z czasem pozbawili dom wszystkich wartościowych sprzętów, wliczając w to nasze meble, książki i ubrania.

Pewnego poranka obudzili nas, żeby zabrać nasze łóżka. Zostaliśmy z siostrą tak, jak żeśmy stali – bez butów i w samych piżamach. Spaliśmy od tej pory na dywanie przed kominkiem, przytuleni mocno do siebie, próbując dodać sobie nawzajem otuchy przy dźwiękach bachanalii z sąsiedniego pokoju.

Wujkowie, których twarze zacząłem utożsamiać z obliczami demonów, zabierając łóżko zapowiedzieli mojej siostrze, że przyjdą kiedyś i po nią, jako swoją ostatnią zdobycz. Hinde słysząc to pobladła, jak kartka papieru. Próbowałem ją uspokoić. Zapewniałem, że starszy brat ją obroni i że nic jej się nie stanie, póki będę przy niej. Mała Hinde miała rację, nie wierząc moim obietnicom. Tej nocy obcięła swoje długie, popielate warkocze. Powiedziała mi, że jak będzie brzydka to wujkowie jej nie zabiorą. Zapobiegawczo zabrałem nożyczki z jej chudej dłoni.

Feralnego poranka nie mogłem dobudzić matki, więc zabarykadowaliśmy się z siostrą w pokoju, a kiedy w końcu pijani jeszcze mężczyźni wyważyli drzwi do salonu, wyskoczyliśmy przez okno i uciekliśmy do lasu. Dopadli nas w połowie drogi do sanatorium. Rzuciłem się na starego Abrama, lecz ten bez trudu wykręcił mi ręce i wgniótł twarz w ziemię. Słyszałem, jak Hinde walczy ze swoim oprawcą i dusiłem się zgniłymi liśćmi, a krzyki mojej małej siostry niosły się po wiosennym lesie. Sam też mogłem tylko głucho krzyczeć w błoto wpływające mi do ust i nosa i walczyć z żelaznym uściskiem wgniatającym moją czaszkę w mokry grunt. Winię się do dziś za swoją bezradność. Wujek Abram upewnił się, że nie pójdę nigdzie po pomoc, przetrącając mi obie kostki. Kopał mnie długo, zanim w końcu się znudził i odszedł z kolegą w stronę miasta.

Hinde leżała parę metrów ode mnie. Te kilka minut, gdy żałośnie pełzłem w jej stronę, zdawało się nie mieć końca. Dotarłem do niej i podniosłem drobną głowę z ziemi. Krótko obcięte, popielate włosy przesypały się między moimi palcami. Zemdlałem, kiedy zdałem sobie sprawę, że trzymam w dłoniach czerep trupa.

Matka znalazła nas po paru godzinach i natychmiast pobiegła do sąsiadów zadzwonić po policję, która na miejscu rozważyła okoliczności i dowody tej brutalnej zbrodni. Z uwagi na mą chorobę nerwową, moje zeznania zostały uznane przez sąd za niewiarygodne. Matka pod przysięgą wyznała, że podejrzewa mnie o morderstwo małej Hinde. Twierdziła, że jestem agresywnym i niebezpiecznym mężczyzną, któremu nigdy do końca nie należy ufać. Wyparła się wszelkich nocnych wizyt jakichkolwiek podejrzanych ludzi, twierdząc, że byli jedynie moimi chorymi urojeniami, a winą za wynoszenie kosztowności z domu obciążyła mnie z siostrą. Złoczyńcy nie zostali nawet zatrzymani.

Osierocony przez tę zdradę, pozostawiony sam sobie, wylądowałem z piętnem psychicznie chorego siostrobójcy w pobliskim zakładzie zamkniętym. Z boskiej łaski moja matka umarła ze zgryzoty parę tygodni później, zapijając się na śmierć.

***

– Powiedz mi o morderstwie – powiedział głos z nieprzyjemnie realistycznego koszmaru i zdałem sobie sprawę, że wcale nie śpię.

Drażniący nozdrza dym z papierosa doktor Lewinówny przywrócił mnie do rzeczywistości. Wystarczyły cztery zastrzyki fenobarbitalu i skuteczna sugestia, by zmanipulować mój słaby umysł do wyjawienia jego małych sekretów. Fantazjowałem o momencie, w którym mógłbym sprawdzić sam siebie, ale nigdy nie sądziłem, że tak strasznie polegnę. Gdy wspomnę, ile razy odtwarzałem w myślach wizję, jak takiej właśnie chwili heroicznie odgryzam sobie język, wydaję się sobie tylko bardziej żałosny. Tak łatwo było jej mnie złamać.

– Którym? – zapytałem posłusznie, zanim zdążyła przypalić mnie niedopałkiem.

***

Wiele lat upłynęło mi w milczeniu, nim przyszedł dzień, w którym usiadłem nad pustą kartką papieru i skradzionym piórem napisałem pierwsze nazwisko na mojej liście zemsty: Abram Sokółka.

Sokółka był nie tylko amantem mojej matki, ale i dawnym wspólnikiem mojego ojca, który dodatkowo na boku zajmował się handlem żywym towarem. Pod przykrywką przedstawiciela biura matrymonialnego namawiał lokalne dziewczęta na zagraniczny mariaż dla pieniędzy i wysyłał je za ocean do burdeli. Nastoletnie dziewczyny, oczarowane wizją sprzedawaną przez Abrama, pakowały malutki tobołek, żegnały rodziny i wsiadały do pociągu, który wywoził je w daleki świat, gdzie, jak wierzyły, czekała je lepsza przyszłość, gdzie całymi dniami będą jadły pomarańcze, patrzyły na morze i przesyłały rodzinie wartościowe dolary.

Szybko poznawały gorzką prawdę. Już w pociągu były prowadzone do specjalnego wagonu, w którego przedziałach zamykano po kilkanaście z nich, tak by mogły patrzeć na swoje wzajemne cierpienia, obserwując, jak ich towarzyszki losu są kolejno bite i gwałcone, wiedząc, że za chwilę i je spotka ten sam los. Z pociągu, pod osłoną nocy, przerzucano sterroryzowane dziewczęta prosto pod pokład statku płynącego do Argentyny, gdzie tygodniami siedziały w zamknięciu, nie widząc światła ani obiecanego morza. Parowiec opuszczały również nocą, a z portu w Buenos Aires trafiały bezpośrednio do domów publicznych. Z pomocą samego Abrama Sokółki ocean przekroczyło ponad dwa tysiące Polek, a dzięki organizacji, dla której pracował, słowo polacas na zawsze już pozostało w Argentynie synonimem prostytutki. Ale o tych sprawach, jeszcze, jako dziecko, niewiele wiedziałem.

Syn Abrama, Fajwel Sokółka, był moim jedynym przyjacielem i zarazem ostatnim człowiekiem, na którym się w życiu zawiodłem. Wychowaliśmy się razem – dwaj najmłodsi królewicze z dwóch najbogatszych rodzin Otwocka. On, jedynak, spędzał u nas niezliczone godziny, bawiąc się wraz ze mną i siostrami. Dzieciństwo wspominam jako czas spędzony tylko we czwórkę. To Fajwel pojechał szukać Szajne, gdy zaginęła i na wiele miesięcy również o moim przyjacielu słuch wszelki zaginął. Zanim wyjechał, wyrzekł się ojca, który odmówił mu pomocy w odnalezieniu narzeczonej. Nie miałem pojęcia, jaki diabelski plan już wtedy mógł roić się w głowie starego Abrama.

Po tym jak zamknięto mnie w zakładzie, Fajwel po raz pierwszy odwiedził mnie dopiero po czterech latach. Sytuacja była sztuczna i nieprzyjemna, a śpiewające za zakratowanym oknem ptaki dodawały jej tylko absurdalności.

Mój młody przyjaciel zmienił się nie do poznania. Z dziarskiego nastolatka wyrósł na poważnego i cichego mężczyznę. Zastanawiałem się, czy przypadkiem nie uwierzył w oskarżenia mojej matki. Czy wybrał bronić swojego nikczemnego ojca kosztem mojej wolności?

– Czemu tyle lat musiałem czekać?

Przełknąłem gorzką pigułkę rozczarowania, gdy Fajwel nie był wstanie spojrzeć mi w oczy.

– Nie wiedziałem o tym, co się dzieje w kraju… byłem zajęty…

– Zajęty?! Zajęty czym do cholery? Miałeś szukać Szajne!

Zamilkł i spojrzał w stronę pilnujących nas pielęgniarzy.

– Wszystko ci kiedyś wyjaśnię.

– Kiedyś? Teraz jest kiedyś, siedzę tu od czterech lat. Sam! Bez nikogo!

Nie odezwał się więcej. Wysiedzieliśmy więc w ciszy czas do końca widzenia. Na końcu wyciągnąłem do niego dłoń. Spojrzał wtedy na mnie z nagłym błyskiem w oku i pośpiesznie przekazał mi w uścisku zwinięty kawałek papieru.

Gdy byłem sam w celi, rozwinąłem zgniecioną karteczkę, która okazała się być gęsto zapisaną, wyrwaną z notatnika kartką z adresem. Cała powierzchnia papieru pokryta była drobnym pismem mojego przyjaciela, a na końcu, przy nazwisku adresata, znajdował się koślawy dopisek, który od razu przykuł moją uwagę: Morderca Hinde!

***

– Dość tych fantazji, Naftal! Koniec urojeń! Morderca Hinde siedzi przede mną. Przypomnij sobie, jak zwariowałeś po samobójstwie ojca i doprowadziłeś matkę do depresji. Przyznaj, jak na koniec zaprowadziłeś młodszą siostrę do lasu, by tam zamordować ją z zimną krwią w zagajniku przy sanatorium.

Mówiąc to dr Lewinówna powolnie odpaliła papierosa od żaru niedopałka.

– To nieprawda! Mówiłem pani, to nie ja zabi…

– Dosyć! – syknęła, gasząc żar na mojej dłoni.

Byłem tak odurzony, że ledwo poczułem pieczenie na zdrętwiałej skórze. Patrzyłem tępo, jak czarna plama dymi się na ręce obok rzędu poprzednich poparzeń. Pani doktor paliła dużo i robiła użytek z dostępnych jej narzędzi. Wiedziałem, że jeśli nie zacznę szybko odpowiadać na pytania, kolejny niedopałek wyląduje na moim przedramieniu.

– Chcę teraz usłyszeć o drugim morderstwie, Naftal. Jak wydostałeś się z celi?

***

Gdy tylko przeczytałem notatkę od Fajwla, wiedziałem, co muszę zrobić: za wszelką cenę dorwać zabójcę mojej siostry. Sięgnąłem po swoją schowaną w materacu kartkę i dopisałem do niej drugie nazwisko: Antoni Jaśkiewicz.

Jaśkiewicz był postacią o wyraźnym, jak na moje oko, rozszczepieniu osobowości. Oficjalnie – lubiany i szanowany prezes klubu sportowego, angażujący się charytatywnie, zapraszany na obiady do ważnych polityków, słowem – człowiek czynnie kształtujący rozwój regionu. Z drugiej strony posiadał on pewne bardzo jasno określone ideały, które realizował poprzez wyłapywanie i wywożenie młodych Żydówek z terenu Mazowsza prosto do domów publicznych w Argentynie.

Dzięki karteczce od Fajwla miałem dokładne instrukcje, jak wydostać się z zakładu podczas wieczornego spaceru. Przyjaciel przeciął siatkę przy dwudziestym siódmym słupku i umiejętnie zatuszował dziurę. Po udanej ucieczce w las dobiegłem pod wyznaczony adres, który okazał się siedzibą Towarzystwa Miłośników Śródborowa. Zaczaiłem się w jednym z ciemnych korytarzy i czekałem, aż pojawi się mój wróg. Zjawił się zaraz po zmroku.

Jaśkiewicz był potężnym mężczyzną, dopiero trzeci cios rurką w głowę zwalił go z nóg. Miałem też poważne problemy z przywiązaniem go do stołu w kuchni. Drań okazał się w dodatku bardzo uparty. Musiałem zedrzeć mu fragment policzka, by zaczął w końcu odpowiadać na pytania inaczej niż wyzwiskami.

– Co jej wtedy zrobiłeś? – zapytałem i poczułem, jak narasta we mnie wściekłość.

– Jak się znudziłem, dałem ją, kurwa, do Sokółki. Podejrzewam, że odesłał sztukę do Rio następnym transportem.

Stanąłem, jak wryty, a Jaśkiewicz, nawet przywiązany do krzesła, torturowany i obity zaśmiał się w głos na widok mojej zbaraniałej miny.

– Ach, to ty nie o tą siostrę pytasz?

Przypomniałem sobie Szajne.

– Niezła sztuka jedwabiu z niej była. Straszna szkoda, że ładne się tak szybko zużywają – dodał wykrzywiając płat skóry wiszący z policzka.

Zdarłem uśmiech z twarzy zwyrodnialca razem z tym płatem.

– Ty skurwysynu!

Antoni wył i pluł własną krwią, kiedy okładałem go pięściami po głowie, lecz nie przestawał się śmiać. Przestał dopiero, kiedy przestał się ruszać. Wtedy i ja przestałem. Odczekałem parę chwil, żeby upewnić się, że łajdak jednak żyje, zanim zadałem moje ostatnie pytanie.

– Wiesz, czym sobie na to zasłużyłeś?

– Ja? – wziął głęboki wdech, splunął krwią na podłogę i bezczelnie spojrzał mi w oczy – Ja tylko rżnąłem twoją siostrę.

Może zrobiłem to przez ten uśmiech, który uparcie nie znikał z jego twarzy. Może i bydlak zasłużył sobie na taki los – nie wiem. Wiem jedynie, że kiedy podpaliłem nasączoną benzyną szmatkę i rzuciłem mu ją pod nogi, nie kierowałem się ani sprawiedliwością, ani chęcią zemsty. Zrobiłem to z czystej przyjemności.

Zafascynowany, czekałem aż zajmą się jego buty, spodnie i koszula. Podziwiałem, jak czerwone płomienie tańczą mu na kołnierzyku. Dzikie wrzaski były idealną melodią do tego niesamowitego filmu, na którym Antoni Jaśkiewicz, szanowany prezes otwockiego klubu sportowego długo palił się żywcem.

***

Po morderstwie Jaśkiewicza wróciłem do zakładu, jakby nigdy nic. Przesłuchiwano mnie parę razy jednak przy dwóch pierwszych przesłuchaniach udałem katatonię, a przy trzecim zwymiotowałem na funkcjonariusza. Czwarte przeprowadziła już dr Lewinówna. Na szczęście w porę straciłem przytomność. Nie dowiedziono mi niczego poza pogłębiającą się psychozą.

W pewien paskudny, listopadowy dzień dostałem pierwsze od wielu miesięcy wieści od mojego dawnego przyjaciela. Przyszły w formie listu. Fajwel stosował nasz stary szyfr: należało czytać co dziesiąte słowo. Ukryta wiadomość prosiła, bym wydostał się tak samo, jak w kwietniu i poszedł w nocy w nasze dawne ulubione miejsce przy torach.

Gdybym wtedy znał zamiary mojego przyjaciela, z pewnością powiedziałbym mu coś innego niż oskarżające i pełne nienawiści: „Czemu nie powiedziałeś mi o Szajne?”, które wykrzyczałem mu w twarz, gdy tylko byłem na tyle blisko, by mógł mnie usłyszeć.

Odpowiedział mi najpierw smutnymi oczami, zanim wymówił dwa krótkie słowa:

– Nie potrafiłem.

Usłyszeliśmy nadjeżdżający pociąg. Fajwel założył swoją starą cyklistówkę i zaciągnął ją mocno na uszy – tak, jak to robił, gdy wsiadaliśmy w dzieciństwie na nasze rowery. Tym jednym ruchem przypomniał mi, jak bardzo mi go brakowało przez te wszystkie lata w zakładzie i już miałem coś powiedzieć, kiedy mój przyjaciel położył głowę na torach. Spojrzał na mnie jeszcze, zanim przejeżdżający pociąg odrzucił jego ciało poza zasięg mojego wzroku. Huk zagłuszył jego ostatnie słowa.

Nie wiem ile czasu przeczesywałem w ciemnościach wysoką trawę, aż natrafiłem w końcu na zwłoki przyjaciela. W wewnętrznej kieszeni brązowej marynarki znalazłem dwa listy. Jeden zaadresowany do lokalnej komendy, który zgodnie z instrukcją, przepisałem, po czym wrzuciłem oryginał do skrzynki na dworcu. List zawierał zeznania oskarżające starego Abrama, przebywającego wtenczas w areszcie za drobne oszustwo matrymonialne. Zeznania ujawniały całą szajkę handlarzy żywym towarem i ich nieludzkie zbrodnie. Fajwel opisał w nich wszystko: nazwiska, daty transportów, wysokości zarobków, miejsca pochówku ofiar brutalnych morderstw – wszystko to, co najbardziej lubią stróże prawa.

Wyczytałem później z gazet, że znalezienie chętnego do tłumaczenia listu z hebrajskiego zajęło im parę miesięcy. Większość tłumaczy odmawiała współpracy po pierwszych paru zdaniach, a niektórzy próbowali nawet zniszczyć materiał dowodowy. Na szczęście w końcu znalazła się jakaś czarna owca w stadzie i list przetłumaczono, a Abrama Sokółkę skazano na rozstrzelanie. Fajwel dopełnił naszej zemsty zza grobu. Warszawska milicja nie raczyła jednak pociągnąć sprawy dalej. Pogrzebano ją wraz ze starym Abramem.

Drugi list zaadresowany był do mnie:

Drogi przyjacielu,

nie zdziwię się, jeśli nie odnajdziesz na tyle miłości w swoim sercu, żeby kiedykolwiek wybaczyć mi moje błędy i słabości, ale błagam Cię, nie wątp nigdy w to, że nic o porwaniu Szajne nie wiedziałem. Stary Abram słowem mi nie powiedział. Dopiero później przypadkiem wywiedziałem się od jego ludzi, co do losu „narzeczonej Fajwla”, której mój ojciec chciał się pozbyć, by wyswatać mnie za duże pieniądze z Apfelbaumówną.

Jak wiesz, oświadczyłem się, zawinąłem zadatek z darowanego posagu i zacząłem szukać Szajne. Za ukradzione pieniądze dostałem się na prom do Argentyny. Naftal… to było straszne. Nie mogłem nic zrobić. Ze swojej kabiny słyszałem, jak dziewczyny krzyczały pod podkładem… Tak dużo płaczu, w tak małej przestrzeni. Do dziś prześladują mnie koszmary, także na jawie.

Kiedy dopłynęliśmy, dowiedziałem się w porcie, że transport z Szajne trafił do hotelu Palestine w zeszłym tygodniu. Byłem jednak za późno. Szajne zabiła się w tym strasznym miejscu dwa dni wcześniej. Darowałem ostatnie pieniądze na pochówek w poświęconej ziemi. Trzeba było przekupić lokalnego rabina. Cztery lata zajęło mi uzbieranie na bilet powrotny. Gdy wróciłem, Twoja matka i Hinde były martwe, a Ty byłeś w zakładzie.

Przyjacielu, czy mi kiedykolwiek wybaczysz… pozwolili mi tylko na jedno widzenie. Czemu Ci nie wyjawiłem prawdy wtedy? Czy uwierzysz, jak powiem, że lekarze odradzali denerwowania Cię w jakikolwiek sposób? Przyjacielu, mafia nie śpi, ich ludzie są wszędzie, a pracują dla samego Diabła. Nie chciałem Cię narażać. Tłumaczyłem sobie, że robię to dla Twojego dobra. Teraz wiem, że powinienem był zrobić inaczej. Nie powinienem prosić o wybaczenie, a jednak o nie proszę. Sam sobie nigdy nie wybaczyłem, że nie zamordowałem ojca gołymi rękami. Dziś płacę za jego paskudne zbrodnie własnym życiem. Kochałem ją, Naftal. Uwierz mi, tak jak ja wierzę Tobie, FS”

***

Nie wrócę nigdy już do zakładu, przeklinam ich wszystkich! W kamizelce i spodniach mojego martwego przyjaciela ruszam ku stolicy. Żałuję jedynie, że nie mogłem tej listopadowej nocy nigdzie znaleźć jego głowy, przez co wierzę, że duch Fajfla będzie się wiecznie błąkać po tym przeklętym torowisku. Mogę jedynie upewnić się, że jego ostatnie życzenie zostanie spełnione. Znajdę odpowiedzialnych i choćbym miał ich wszystkich pozabijać gołymi rękami,  choćbym miał zaprzedać własną duszę w zamian za zemstę, nie zawaham się, bowiem nic na tym świecie nie będzie mi słodsze.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *