Hijo de la Luna

Zacisnęła zmarznięte palce na płótnie zawiniątka. Nocne stworzenia ucichły, strwożone desperacją, z jaką Cyganka przedzierała się przez uśpiony las. Gałęzie smagały rozpalone policzki, a mróz piekł w odsłoniętą skórę. Skrywała kruczoczarne włosy pod kapturem zszytym z łachmanów. Klątwa, której nigdy nie chciała, ciążyła w ramionach.

Wyszła z lasu na nadmorskie skały. Jeszcze tylko kawałek klifem, wzdłuż tej wąskiej oblodzonej ścieżki, a zaraz za górką znajdzie zejście na łąkę rozpościerającą się przed opuszczoną chatą. Tam, pod zapadniętą strzechą dachu, drzemało odkupienie, ukryte w szybie prowadzącym do kopalni. Starsza ze wsi, z której pochodziła, przepowiedziała jej wiele lat temu, że tak właśnie się stanie. Ostrzegła ją przed zimową, cichą nocą i ciemnym dołem ziejącym siarką. Działo się to jednak w czasach, kiedy Mala nie wierzyła w klątwy. Teraz jedynie przyśpieszyła kroku na myśl o ciążącym na niej brzemieniu.

Oby tylko potworek się nie obudził i nie zaczął krzyczeć. Tutaj jeszcze mogli usłyszeć ich z portu. W stojącym powietrzu płacz poniesie się echem daleko. Gdyby chociaż sowa zahukała, lis przebiegł, wiatr jakiś zawył na wzgórzach. Nic, nawet morze nie chciało bić falami o skały. Tylko blade światło księżyca na idealnie gładkiej tafli i szuranie jej własnych kroków na śniegu.

Spojrzała w dół ze skał na hipnotycznie nieruchomą wodę w zatoce, na pokryte lodem głazy, na sople zwisające z klifu i odruchowo, jakby wiedziona jakimś pierwotnym, wewnętrznym instynktem, wyciągnęła nad nie ręce z zawiniątkiem. Powstrzymała się w myślach i szybko ruszyła dalej. Nie mogła wyrzucić przekleństwa, tak po prostu, do morza. Mogłoby wypłynąć w porcie, albo zaczepić się w sieci miejscowych rybaków. Jeszcze by przeżyło, kto wie, jakie to odporne. Skazałaby je wtedy na męki z rąk zabobonnych wieśniaków.

Wiadomym jest od pokoleń, co robić w przypadku mieszańca. Oślepić tuż po urodzeniu, żeby potworek nie widział, na kogo klątwę rzucić i czym prędzej spalić w kowalskim piecu. Tak też planowała uczynić, gdy tylko ujrzała blade paskudztwo, ale troje maleńkich oczu otworzyło się i spojrzało na nią jasnoszarymi tęczówkami. Zawinęła wtedy różowe ciałko dokładnie w szmaty, schowała jego małą, pomarszczoną głowę w urwany rąbek sukienki i po cichu wyszła z chlewika, w którym łaskawy gospodarz dał jej przezimować. Nie chciała myśleć, jak szybko wylądowałaby na śniegu, gdyby ujrzał mieszańca pod swoim dachem. Nikt nie mógł się dowiedzieć.

***

– Podejdź tu.

Podeszła.

– Odwróć się.

Odwróciła się do ściany. Poczuła oddech na karku. Dłonie boleśnie ścisnęły pośladki przez szorstki len spódnicy. Złapał ją za skłębione włosy i zdecydowanym ruchem przyparł do nieheblowanych desek. Z sęka jednej z nich zasuszona pszczoła przyglądała się strachowi w czarnych oczach Mali.

– Teraz bądź cicho. Zaraz będzie po wszystkim – wyszeptał jej do ucha.

Otworzył ją, jak nóż rozcina ostrygę. Ciężko sapał za jej plecami. Tępy ból paraliżował dół ciała z każdym jego pchnięciem. Nawiązała cichą przyjaźń z martwym owadem ze ściany. Pszczoła obiecała nie powiedzieć o tym zdarzeniu nikomu.

***

Dysząc, zeszła ze skał na łąkę. Chata czekała na nią, skąpana księżycowym światłem. Mala zatrzymała się, by zaczerpnąć tchu i lodowate powietrze wypełniło jej płuca. Para wypuszczona z ust zamarzła w chmurę obok jej twarzy. Potworek kręcił się coraz bardziej w zawiniątku, więc otuliła ruszające się szmaty szczelniej w płótno – żeby tylko nie widzieć tych oczu, żeby tylko nie dotknąć tej gładkiej skóry – i ruszyła żwawiej w stronę rozpadającej się chałupy.

Nogi grzęzły w zamarzniętym śniegu, który zawistnie próbował powstrzymać ją przed dotarciem do celu. Księżyc bezczynnie przyglądał się tym zmaganiom. Potworek zaczął cicho skowyczeć, a jego płacz przebijał się przez płótna i niósł się w nieruchomym powietrzu nocy. Kobieta zacisnęła oczy i pragnęła wraz z nimi zamknąć uszy na ten okropny, przeszywający duszę dźwięk – bezskutecznie. Przyśpieszyła kroku, a każdy jęk wydobywający się ze ściskanych w ramionach szmat kłuł w serce dotkliwiej, niż mróz w przemarznięte stopy.

Dopadła do chaty i schroniła się w sieni. Zamknęła za sobą zdezelowane drzwi. Położyła zawiniątko na podłodze, a potworek zapłakał tak głośno, że, zlękniona, odsunęła się od niego na parę kroków, zasłoniła zmarzniętymi dłońmi uszy i skuliła się pod sąsiednią ścianą.

***

Z pierwszą pełnią modliła się do srebrnej tarczy prosząc, by krew jeszcze przyszła. Z drugą błagała o łaskę kolejno wszystkie znane jej bóstwa. Gdy Księżyc wszedł w pełnię po raz trzeci, wypiła napar z piołunu i niepokalanka. Bóle przyszły i odeszły, nie zabrały jednak ze sobą niechcianego przekleństwa. Starała się wychłodzić paskudztwo w majowym morzu. Leżała godzinami z brzuchem na gorącym kamieniu. Nie dojadała, nie dosypiała, ale przyszła czwarta pełnia, a z każdą następną odchodził kolejny kawałek nadziei.

Z początku wystarczała luźniejsza tunika. Z czasem Mala musiała podwiązywać brzuch szmatami. Gospodyni nie była niespełna rozumu, poznała się na rzeczy, gdy plecy Cyganki zaczęły uginać się pod dodatkowym ciężarem. Jasne oczy pani domu spotkały się z czarnymi oczami Mali i przekazały jej ciche, ponure porozumienie: „Nikomu nie powiem, jak pozbędziesz się problemu”.

***

Mala nie mogła dłużej znieść tego hałasu. Podniosła się z kąta i podeszła do wyjącego zawiniątka.

– Zamknij się! Zamknij! – wyrwało się z jej gardła, gdy podniosła je z ziemi.

– Nienawidzę cię! – krzyczała, potrząsając histerycznie płótnami, aż kawałek odwinął się, odsłaniając wykrzywioną twarz potworka.

– Czemu nie możesz po prostu zdechnąć? – zapytała rozdarte paskudztwo.

W życiu nie widziała nic brzydszego. Pomarszczona, pełna przebarwień i wybroczyn skóra otaczała rozdarte, bezzębne usta. Srebrzysty puszek wystawał kłębami spod szmat kryjących mieszczącą się w dłoni głowę przeklętej istoty. Bez brwi, bez rzęs, za to z włosami na uszach. Mala już miała trzasnąć nim o ścianę, kiedy otworzyło dotąd zamknięte duże, umiejscowione pośrodku czoła oko i przestało płakać. Łypało na nią spomiędzy szmat. Jej przekleństwo.

Troje szarych, szklistych oczu wyssało z niej całą złość, a wraz z nią resztkę sił. Mala osunęła się po ścianie na pozostałości drewnianej skrzyni, ściskając w rękach stworzonko. Mieszaniec patrzył na nią hipnotycznie. Jego groteskowo wytrzeszczone ślepia wypełniły ją wrażeniem ciepła. Mala przypomniała sobie wszystkie opowieści o nieszczęsnych kobietach oczarowanych przez podobne potworki. Kobiety te przez jedno niefortunne spojrzenie porzucały swoje rodziny i uciekały w las, by w dziczy wychowywać mieszańca. Nie bez powodu za poradą starszyzny wydłubano by mu to trzecie oko, gdyby odkryto ich w stodole.

***

Przyszedł bezlitosny grudzień, lecz pełnia wypadała w przesilenie i Mala choć przez chwilę mogła być wdzięczna losowi. Zgłosiła się ochoczo do opieki nad trzodą i gdy wszyscy mieszkańcy wsi udali się do największego z domostw świętować tam Jul, sama schowała się w chlewiku. Większość zwierząt była zarzynana na święta i zostawiano jedynie po dwie pary z każdego rodzaju na wiosenny rozpłód, a celebracje, zgodnie z tradycją, miały trwać aż dwanaście bożych dni. Mala miała więc dużo czasu dla siebie.

Drugiego dnia świąt, trzymając się brzegów koryta, rodziła w bólach zanurzona w zimnej wodzie. Napar, który pomagał na wcześniejsze dolegliwości, nie podołał wytłumić imadła miażdżącego teraz jej miednicę. Nie zauważyła, kiedy skruszyła sobie zęby na drewnianym trzonku nożyka, który służył jej za knebel.

***

– Próbujesz rzucić na mnie urok – powiedziała do istotki, zdziwiona delikatnością swojego głosu – i prawie ci się udało, jesteś bardzo zdolnym potworkiem – dodała, głaszcząc różowy policzek – ale nie z Malą te sztuczki. Starsza ostrzegła mnie przed tobą lata temu.

Nie mogła jednak znaleźć w sobie siły, by podnieść się z zapadniętej skrzyni. Przyłapała się na tym, że zaczęła nucić mieszańcowi cygańską kołysankę, której nauczyła ją jej własna matka:

Tonto el que no entienda
cuenta una leyenda
que una hembra gitana
conjuró a la luna
hasta el amanecer.
Ilorando pedia
al llegar el dia
desposar un calé.1

Śpiew dodał jej sił. Bujając potworka w objęciach podniosła się i skierowała kroki w stronę pomieszczenia pod zapadniętą strzechą. Jej wysoki głos wypełnił opuszczoną chatę, a hipnotyczne szare oczy mieszańca przymrużyły się nieco.

Tendrás a tu hombre piel morena
desde el cielo hablo la luna llena.

Schyliła się, mijając zawaloną belkę i zobaczyła w kącie pomieszczenia swoje przeznaczenie. Walczyła z myślami próbującymi nakłonić ją, by na zawsze została w tej chacie, chowając w niej przed resztą świata swojego spaczonego potomka.

Pero a cambio quiero
el hijo primero
que le engedres a él

Lulała mieszańca, zbliżając się krok za krokiem do szybu. Szare oczy zamykały się pomału, a wraz z nimi zanikał mętlik myśli, w których kłóciła się z tak obcą sobie potrzebą macierzyństwa i fałszywymi obietnicami.

Que quién su hijo inmola
para no estar sola
poco le iba a querer

Gdy powieki potworka w końcu się zamknęły, Mala znalazła siłę, by wyciągnąć ręce nad czarną dziurę szybu kopalnianego. Poczuła bijący z dołu zapach siarki i serce przyśpieszyło w jej piesi, a czarne oczy wypełniły się łzami.

– To od oparów – przekonywała się w myślach – tak będzie lepiej, tak będzie mniej cierpiało.

Luna quieres ser madre
y no encuentras querer
que te haga mujer.

Świadomie rozluźniła zaciśnięte dłonie. Zawiniątko zniknęło w dole szybu. Nie usłyszała uderzenia. Nasłuchiwała, żeby upewnić się, że nie płacze – nie płakało. Chwilę jeszcze stała nad czarną, ziejącą siarką dziurą.

Dime luna de plata
que pretendes hacer
con un niño de piel.

Jej usta dalej śpiewały kołysankę, kiedy wyszła z chaty i wróciła po swoich śladach na klif. Księżyc płakał nad nią cicho.

*****

Hijo de la Luna (hiszp. Syn księżyca) – piosenka autorstwa hiszpańskiego zespołu Mecano, wielokrotnie wykonywana przez innych artystów.

Jedna odpowiedź do “Hijo de la Luna”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *