Dół, w którym palą trupy – część trzecia

Na kolejnym apelu znowu zobaczyliśmy dziewczyny. Ostatnio, kiedy Katarzyna szła do klasztoru, krzyczały histerycznie, biegając wokół niej, wszystkie ubrane w klasyczne tuniki modlitewne. Ciągnęły starszą siostrę za ręce i próbowały zatrzymać przed przekroczeniem zakonnych bram, kiedy ta, niewzruszona, dumnie stąpała ku swojemu przeznaczeniu. Taki rytuał. Teraz stały nieruchomo w równym rzędzie pod ścianą baraku. Wszystkie w alabastrowo białych szatach, zasłaniających je od stóp do głów. Piękne, niewinne, stonowane i pokorne służki Systemu.

Maszyna spowiedzi, dla której nas tu wezwano, stała na środku skweru ukryta pod kolosalną organiczną kopułą. Z ulgą zauważyłem, że nie tylko ja spoglądałem na nią z niepewnością. Kulisty kokon mieniący się od elektroniki tętnił powoli, niczym serce uśpionego olbrzyma. Na podwyższeniu za kopułą stał pusty tron Matki Przełożonej. Spodziewałem się jeszcze dwóch krzeseł. Zapomniałem, że księża się nie męczą.

Spowiedź, zgodnie ze spisem zasad, powinni nadzorować Rycerze Zakonu, którzy słynęli ze ślepego oddania zasadom Systemu. Nie oszczędzą innowiercy, a tym bardziej zdrajcy. Witek od wczoraj opowiadał każdemu, kto jeszcze chciał o tym słuchać, jak to widział księdza, gdy ten przyjechał pod mury na swoim biomechaniku. Nieważne ile razy powtarzał tę historię, ciągle pomiędzy przechwałkami słyszałem strach w jego głosie.

– Nadjechał z południa z wielkim furkotem. Staliśmy we trzech na południowym polu i widzieliśmy chmurę piachu, którą za sobą zostawiał. Pędził jak wiatr. Słońce mieniło się na jego pancerzu. Gdy zatrzymał się pod murem i przełączył ścigacza w stan czuwania, cisza… mówię wam, nigdy tak cicho nie było, aż dzwoniło w uszach. W życiu też nie widzieliście tak ogromnego człowieka i do tego cały zakuty od stóp do głów w biometal. Pięciopalczasta gwiazda Systemu wygrawerowana dumnie na klacie. Starszy jest duży, ale wyobraźcie sobie kogoś dwa razy takiego. Sami zobaczycie. Kiedy nas zauważył, zrobił parę kroków w naszą stronę i było to tak przerażające… tak… tak jakby szła na ciebie twoja własna śmierć.

Witek zawahał się, głos mu zadrżał, język stanął w gardle. Może bał się, że ktoś zauważył jego chwilowo okazaną słabość, bo prędko dodał:

– Uciekliśmy stamtąd jak głupi, tak daleko, jak tylko nas nogi poniosły. Ruszyłem ostatni, ale też zatrzymałem się dopiero pod barakiem.

Dziewczyny były na tyle blisko, żeby słyszeć te przechwałki. Czasem któraś rzuciła w naszym kierunku nieśmiałym okiem. W przeciwieństwie jednak do ich doskonale cichego rzędu, w naszym śmiechom i wygłupom nie było końca. Witek cieszył się, że przez chwilę mógł zabłyszczeć i podominować w grupie. Lewy dawno przestał się interesować czymkolwiek, co nie wiązało się z wydostaniem Młodego ze świątynnej celi.

– Żałujcie, że go nie widzieliście… – zaczął Witek, ale otwarta dłoń uderzyła go w tył głowy. Stracił równowagę i poleciał twarzą w piach. Starszy nie musiał nic mówić, zapadła natychmiastowa cisza. Wstrzymałem oddech, kiedy potężne drzwi klasztoru otworzyły się powoli, a zza nich wylał się oślepiający nas strumień białego światła. Padliśmy płasko na ziemię przed blaskiem Matki Przełożonej.

Leżąc na czerwonym piachu widziałem tylko jej stopy, gdy stanęły przy organicznej kopule. Jej ruchy nie wydawały dźwięku, a kroki nie pozostawiały śladów na piasku, jakby w ogóle nie posiadała ciała. Księdza usłyszałem już, gdy szedł korytarzem. Kiedy zauważyłem, że ani zbroja świętego rycerza, ani jego kroki nie wydawały fizycznego dźwięku, a jedynie szmer w ciemnych zakamarkach umysłu, zadrżałem. Coś tak dużego nie mogło poruszać się tak cicho. Było to fizycznie niemożliwe i budziło naturalne przerażenie, jakiś pierwotny lęk drzemiący w mięśniach, nakazujący im spinać się w potrzebie ucieczki, a im dłużej nasłuchiwałem, tym bardziej narastał niepokój w moim sercu. Czyżby i on mnie słyszał, jak wędruję między cieniami? Wyszedłem gwałtownie z Mroku i wtopiłem wzrok w piasek. Starałem się zniknąć w myślach, gdy para okutych stóp stanęła obok tronu. Matka Przełożona odstąpiła od powłoki i udała się na podwyższenie.

Poruszał się tylko wiatr widoczny na piasku. Pozwoliłem sobie podnieść głowę i zobaczyłem ją, najpiękniejszą kobietę na Ziemi – naszą Matkę. Wyglądała tak, jak na pewno wyglądają anioły. Jej oczy patrzyły na wszystkich jednocześnie i na każdego z osobna. Patrzyły na mnie i przeze mnie. Starałem się opróżnić umysł z podświadomych grzechów. Zahipnotyzować się, wmawiając sobie, że jestem wzorowym obywatelem, nieskalanym złą myślą oddanym sługą zakonu. Na obliczu naszej Matki pojawił się cień uśmiechu. Zamknęła oczy i połączyła się z Systemem.

Na maszynę spowiedzi padł ten sam oślepiający strumień światła, który przed chwilą powalił wszystkich na kolana. Przez zmrużone powieki dostrzegłem, jak organiczna kopuła pęka od czubka i rozsuwa się na boki niczym przekwitający kwiatostan, odsłaniając trzy splecione ze sobą metalowe pierścienie ukryte w jej wnętrzu. Między nimi, pośrodku wyznaczonej przez nie sfery, unosiła się w powietrzu cienka płyta. Biometal, z którego była stopiona, mienił się tęczą w białym świetle.

Starszy wyczytał z listy jedną z dziewczyn, która sądząc po niskim numerze, musiała być najstarsza. Dziewczyna o popielatych włosach dumnie wystąpiła ze swojego szeregu, podeszła do maszyny i bez wahania położyła się na płycie. Natychmiast otaczające ją metalowe pierścienie zaczęły się obracać, kreśląc przestrzenne kule w powietrzu. Pierścienie przyśpieszały, aż wirowały tak szybko, że nie dało się już rozróżnić ich od siebie. Dziewczyna leżała z szeroko otwartymi oczami wpatrując się w rażące światło. Trwało to parę minut, po czym pierścienie zatrzymały się, a Starszy poprosił skołowaną lekko służkę, żeby wróciła na swoje miejsce i wywołał kolejny numer z listy.

Kiedy wszystkie dziewczyny były już przeskanowane, przyszła kolej na nas. Teraz, kiedy nie było Młodego, ja byłem najstarszy i miałem najniższy numer. Wiedziałem, co nadchodzi. W myślach powtarzałem litanię do Systemu. Niech pochwalone będzie słońce, niech pochwalone będzie światło… niech ta przeklęta maszyna zepsuje się zanim do niej wejdę. Zacisnąłem oczy czekając na wywołanie mojego numeru. Zamiast tego Starszy wyczytał Młodego.

Usłyszałem ich, jak wychodzili z domu. Drugi ksiądz prowadził Młodego, a ten słaniał się na nogach. Lewy spojrzał mu głęboko w oczy, zanim ksiądz zmusił Młodego, by ten położył się na płycie. Pierścienie wystartowały tak, jak za każdym poprzednim razem.

Młody leżał nieruchomo, wpatrując się niepewnie w światło. Nagle jego twarz wykrzywiła się paskudnie. Zdałem sobie sprawę, obserwując skurcze jego dłoni, że jest unieruchomiony. Mogłem jedynie patrzeć, jak próbuje się uwolnić i jak walczy, by przekręcić głowę z dala od bijącego z nieba promienia. Nieoczekiwanie z jego rozchylonych ust wydobył się tnący powietrze wrzask. Witek, stojący obok, chwycił mnie za rękę, zdjęty nagłą trwogą. Z przygryzionych ust Lewego pociekła strużka krwi.

Krzyk nasilał się, a wraz z nim prędkość wirowania pierścieni, aż Młody zniknął mi z oczu pod jednolitą metalową kulą. Wrzaski wierciły mi w czaszce realnym bólem, rozrywały serce w piersi. Krzyk ustał tak nagle, jak się zaczął. Witek wciąż ściskał moją rękę i dyszał przerażony, gdy pierścienie powoli wytracały prędkość.

Młody leżał bez ruchu na płycie. Jeden z księży podszedł do maszyny i wziął go na ręce. Parę osób krzyknęło. Witek zgiął się w torsjach i zwymiotował na piasek. W miejscu szarych oczu Młodego były jedynie dwie ziejące dziury wypalone światłem Systemu, a jego usta zastygły w ostatnim, przeraźliwym wyrazie na zabryzganej krwią twarzy. Z czarnych oczodołów unosił się dym.

Ksiądz zszedł z piedestału i oddalił się, niosąc ciało w stronę świątynnych drzwi. Matka Przełożona wstała, uśmiechnęła się do nas i udała się za nim w towarzystwie drugiego księdza. Pozostałe Siostry wyprowadziły dziewczęta z placu.

Starszy obrócił się, a jego twarz nie miała żadnego wyrazu. Powoli obszedł naszą grupę dygoczącą na gorącym piachu. Spojrzał z obrzydzeniem na Witka, wciąż kulącego się w torsjach. Przy drugim okrążeniu odezwał się tym samym donośnym głosem, którego zawsze używał w tych rzadkich momentach, kiedy coś nam przekazywał. Głosem, który słyszeliśmy tylko w naszych głowach:

– Numer 2050 003 był zdrajcą Systemu i zasłużył na najgorszą ze śmierci. Maszyna Spowiedzi jest nieomylna. To przez niego i jemu podobnych w naszym klasztorze zostało zasiane ziarno zwątpienia i niewiary, które musimy za wszelką cenę wyplenić! Matka Przełożona nakazuje wszystkim udać się na karne modlitwy i błagać System o wybaczenie grzechów. Jutro będziemy kontynuować spowiedź, aż ostatni zdrajca spłonie w konfrontacji z potęgą Systemu!

***

część czwarta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *