Dół, w którym palą trupy – część piąta

Po tygodniu bezowocnego wyczekiwania w komorze kwarantannowej, dostaliśmy wiadomość o niepowodzeniu pustynnego patrolu. Boty znalazły jedynie resztki lotni tuż pod szklanymi szczytami, daleko w sferze zabójczej radiacji. Nie było czasu na łzy.

Zaraz po wyjściu z komory połączono nas z grupą uciekinierów z innych klasztorów. Było ich w sumie dwadzieścia osób, wszyscy poniżej szesnastu lat. Wymienialiśmy się spojrzeniami, prowadzeni w nieznane tunelem przypominającym wnętrze kabla. Ruda dziewczyna spalona pustynnym słońcem, kulejąca od odcisków na stopach, które nigdy wcześniej nie musiały pokonać większych dystansów niż z baraku na nauki i z powrotem, uśmiechnęła się do mnie nieśmiało. Wysoki chłopak o brązowej skórze i szerokich ramionach spojrzał na mnie wrogo i ostentacyjnie złapał dziewczynę za rękę, odciągając ją na początek kolumny.

Zgromadzono nas w przyjemnym, chłodnym pomieszczeniu, gdzie reprezentanci służb miejskich krzątali się, gotowi spełniać wszelkie nasze zachcianki. Witek zachłannie wypijał trzeci z kolei koktajl witaminowy, podczas gdy ja udałem się na zabiegi relaksacyjne.

Leżałem w kapsule tlenowej podziwiając hologramy wyświetlane na jej ściankach. Wyobrażałem sobie, jak to będzie mieć już wszczepkę i móc połączyć się na twardo z przestrzenią intersensoryczną, w której wszystkimi zmysłami polecę w kosmos, popływam w głębinach, czy zaznam rozkoszy cielesnych z jakąś piękną dziewczyną z drugiego końca świata, wychowaną gdzieś, gdzie nie ma piasku, gdzieś gdzie jest zielono i pięknie, jak w tym hologramowym lesie. Teraz doświadczaliśmy jedynie przedsmaku obywatelstwa. Nie mieliśmy jeszcze dostępu do Forum – niezmierzonego oceanu informacji. Dopiero wraz ze wszczepką otrzymamy prawa społecznościowe i konto z punktami walutowymi.

Kiedy każdy wypoczął i wyszumiał się do woli, wróciliśmy do głównej sali i nadszedł czas na pytania. Czułem się dziwnie w galaretowatym siedzeniu, przyzwyczajony do twardego piaskowca pokrytego plecionką. Koncentracja omijała mnie skutecznie, podobnie jak słowa strażniczki próbującej przeprowadzić ze mną wywiad. Witek szybko wyjaśnij zakutej w poliestrowy kostium kobiecie, jak powinna się ze mną komunikować. Strażniczka spojrzała na mnie z niekrytą fascynacją i nieumiejętnie otworzyła umysł. Próbowałem nie podglądać wszystkich fetyszy, które podała mi w jednej chwili na tacy. Poczerwieniała po sam dekolt, gdy poprosiłem ją o kogoś z większym opanowaniem, albo przynajmniej uboższymi doświadczeniami. Zatrzasnęła mi czerwoną opaskę na nadgarstku i odeszła zamykając sztucznie umysł. Witek uśmiechnął się zawadiacko i tak przypominał Lewego w tym uśmiechu, że sam wbrew wewnętrznym rozterkom musiałem się wykrzywić usta.

Witek pomachał mi zieloną opaską na własnym nadgarstku zanim strażniczki wyprowadziły go innym kablopodobnym tunelem z pomieszczenia. Zostałem w pomieszczeniu sam z barczystym brunetem. Rzeczywistość nie była przychylna. Usiadłem najwygodniej jak mogłem na galaretowatej poduszce i wszedłem w Mrok – stałem się Witkiem. Przeniknąłem umysłem błękitną aurę, którą w okół niego namalowałem.

***

Przedzieraliśmy się kanałami, ścigani metalicznym stukaniem botów gdzieś daleko nad nami. Strażnicy nie pozwolili zabrać jedzenia, jedynie rozdali grupie termosy pełne koktajli glukozowych. Podzieliłem się resztką swojego napoju z rudowłosą dziewczyną, ciągnącą się w raz ze mną na końcu kolumny.

Cieszyłem się towarzystwem mojego przyjaciela, a raczej tą namiastką towarzystwa, iluzoryczną obecnością, czy jakoś tak by to powiedział Lewy. Nigdy nie sądziłem, że będę tak bardzo fizycznie sam, otoczony ludźmi, którzy nie są moimi braćmi. Młody z wypalonymi oczami, Lewy rozpuszczony radiacją szklanych gór i Alek wybrany na nauki, których szkoda na takich głąbów jak ja. Mnie czekały roboty w fabrykach. Lepsze to niż zbieranie kaktusów, a Alek zawsze będzie ze mną dopóki będę skupiał umysł na tej błękitnej powłoce błyszczącej mi pod czaszką. Zaczynałem już nawet myśleć inaczej, stawałem się mądrzejszy, tak jak on i tak jak Lewy.

Droga dłużyła się niemiłosiernie. Szło ze mną z tuzin uciekinierów. Prowadził nas sygnał z zielonych naparstków wręczonych nam po selekcji. Podążaliśmy za ścieżką wyznaczoną w sieci tunelów o metalowych ścianach. Trasa wiła się to w lewo, to w prawo, aż całkowicie straciłem rachubę i poczucie kierunku.

Według mapki błyskającej z nadgarstka byliśmy już blisko celu. Niedługo zatopimy się w luksusach bezkresnego Forum. Kiedy w końcu usłyszałem wyczekiwane poruszenie, przebiłem się na przód kolumny. Wielkie wrota zdobione herbem miasta kryły obiecaną śluzę do centrum. Uśmiechnąłem się w umyśle do mojego przyjaciela mimo ogarniającego moje ciało zmęczenia i ujrzałem ulgę narastającą zielenią w jego odległej aurze.

Udało się. Przynajmniej nam się udało. Trafiliśmy do upragnionego centrum, do miejsca, które wcześniej widzieliśmy tylko w snach, do miasta robotów. Umysł zaśmieciły wizje świetlanej przyszłości, w której jako obywatel miasta wracam na pustynię wyzwolić przyjaciół z klasztornych murów.

Dopiero kiedy śluza zamknęła się za nami i ujrzałem biokable zdobiące ściany kilometrowego pomieszczenia, usłyszałem krzyczące mi pod czaszka ostrzeżenie Alka. Chmura paraliżującego gazu powaliła wszystkich tuż za drzwiami. Boty podleciały trzeszcząc skrzydłami magnetycznymi i zaczęły podrywać kolejnych członków grupy w powietrze. Szczypce chroboczącej machiny wbiły mi się w bok, podnosząc bezwładne ciało na parę metrów. Widziałem, jak hak zagłębia się pod żebra, jak ostrze przebija skórę, jak strużka krwi spływa po metalu. Krzyczałbym, ale mogłem jedynie słuchać krzyków Alka niosących się w przestrzeni międzymyślowej i patrzeć, jak boty wrzucają pozostałe dzieci, zastygłe w ostatnim wyrazie zdziwienia na twarzach, do olbrzymich kotłów, głośno pracujących w dole pomieszczenia. Jedynie ich oczy wyrażały przerażenie.

Nadgarstki rudowłosej dziewczyny unieruchomiły biokable, a boty obdarły ją z resztek klasztornej odzieży. Jej delikatna, piegowata skóra rozświetliła Mrok pomieszczenia, zanim kable nie wciągnęły chudego ciała w ścianę i nie oplotły go ciasno. Przerażone oblicze dziewczyny zniknęło pod maską tlenową. Usłyszałem w myślach płacz Alka, zanim sam nie zanurzyłem się w białym kwasie i nie zacząłem się rozpuszczać. Kiedy chemia przeżarła się przez czaszkę, poczułem, jak mój duch rozrywa lęk absolutny, lęk przed nieistnieniem. Stałem się Mrokiem, a Alek towarzyszył mi w mojej ostatniej podróży.

Gdzieś nad tym podziemnym horrorem roztapianych ciał tętniło miejskie życie. Ludzie śmiali się, zakochiwali, a używki tańczyły w ich głowach. Myśli kłębiły się wokół codziennych trudności. Żyli, opleceni wygodnym płaszczykiem fałszywych wyobrażeń, nieświadomi kotłów wypełnionych białym kwasem, które niezmordowanie mieliły substancje odżywcze pozyskane ze zdezintegrowanych uciekinierów, by następnie scalić je w gotową masę podsycaną substancjami zapachowo-smakowymi. Pod koniec procesu drukarki 3D nadawały chemii kształt jedzenia, skutecznie przeplatając produkt z wodą i nadając mu pożądany kolor.

Niezłomne boty przesyłały powstałe produkty na wyższe poziomy do instytucji poczty pneumatycznej, gdzie pracowali ludzie, którzy za sprawą wszczepek zmieniali się w automaty na osiem godzin dziennie, by przez następne szesnaście korzystać z dobrodziejstw zdalnych zakupów. Sortowali wydrukowane parówki, chipsy, pasty, krakersy czy cokolwiek innego wykreował obecnie popyt i przesyłali je konsumentom, którzy płacili za nie zmyślonymi pieniędzmi zaklętymi w punkty sieci społecznościowej.

Jakiś ignorant zamówił w gratisie do halucynogennego piwa burgera z mojego białka i zatopił w nim zęby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *