Dół, w którym palą trupy – część druga

Młody próbował uciec w nocy. Wysoki pisk alarmu, który zapewne włączył, gdy nieudolnie ściągał obręcz terytorialną z kostki, wywabił wszystkich chłopców z koi. Przez grube, różowe szkło wąskich okienek w naszym baraku patrzyliśmy, jak zapalają się lampy w hangarze. Psy ruszyły momentalnie w pościg. Dopadły Młodego w przeciągu minut i zaciągnęły nieprzytomnego do domu pod murem. Bezradny, mogłem jedynie obserwować, jak głowa mojego przyjaciela szurała po piasku, jak mikrofragmenty skóry odrywały się od policzka i skroni. Całą noc nie spałem czując jego krew napływającą mi do ucha, gdy tylko zamykałem oczy.

Siostry obudziły nas następnego dnia, zanim wstało palące słońce. Założyłem czapkę, zawinąłem na szyi chustę roboczą i wyszedłem wraz z pozostałymi w pąsowy świt. Kiedy, jak nakazano, ustawiliśmy się na placu jak zwykle w czterech rzędach, rozpoczął się apel dyscyplinarny. Wywołano każdego po numerze, po czym wychowawczyni zaczęła odczytywać z Księgi Wiary przypowieść o ucieczce przed człowieczeństwem i poddawaniu się obłudnym myślom przeciwko Systemowi.

Kazanie wydłużało się niemiłosiernie, niektórzy potupywali w swoich szeregach, a ja z niepokojem śledziłem wzrokiem, jak słońce wstaje za wschodnim murem. Słyszałem, jak wędrujące po pustyni promienie zbliżają się bezlitośnie, paląc piasek po drodze. Cień muru stopniowo malał, a wraz z nim malało nasze bezpieczne schronienie przed zabójczym żarem.

Kiedy w pierwszy rząd uderzyło bezpośrednie słońce, wszyscy chłopcy padli na piach od fali gorąca. Co poniektórzy z drugiego rzędu, ostrzeżeni reakcją kolegów, dali radę utrzymać się na klęczkach. Zdążyłem wziąć głęboki wdech i zawinąć twarz chustą, zanim słońce zalało mnie swoim ogniem i poczułem, jak ciemnieje mi w oczach. Uderzyłem ciężko o rozgrzany piach, w jednej chwili zlewając się potem. Oddychałem powoli przez szmatę. Oskrzela zacisnęły się samoistnie od gorąca wdychanego z powietrzem. Walczyłem, żeby nie poddać się panice.

Nie uduszę się, powoli wdech, przytrzymać i wydech. Nie duszę się, jeszcze raz wdech, jeden, dwa, przytrzymać, trzy, cztery, pięć, sześć i wydech. Otacza mnie powietrze. Otacza mnie tlen. Nie mogę się udusić, jeden, dwa…

Lewy pomógł mi unieść się na kolana. Nie miałem sił otrzepać twarzy z piachu. Ziarenka różowego kwarcytu nagrzewały się szybciej od skóry, paląc nieznośnymi igiełkami policzki i czoło. Klęczeliśmy tak na piekącym kolana klepisku podwórza, a słowa Siostry skrytej pod namiotem termicznym, wciąż prawiącej o konsekwencjach naszych ciężkich grzechów, odbijały się tętniącym echem pod moją czaszką. Dopiero gdy paru chłopców zemdlało od nieustępliwie narastającej spiekoty, wychowawczyni zakończyła apel. Ci, którzy mieli jeszcze siłę wstać, łypali na naszą trójkę nienawistnym wzrokiem, próbując podnieść się z piachu półprzytomnym przyjaciół.

Każdy z grupy znał spis zasad klasztornych na pamięć. Wiedzieliśmy, że za to, co się wydarzyło w nocy, jesteśmy współodpowiedzialni, że sprawa zostanie skierowana do wyższych struktur zakonnych i możemy spodziewać się rychłej wizytacji przedstawicieli Systemu. Cały barak z pewnością nie dostanie też tego dnia należnej porcji mączki.

Zamiast na wykłady, udaliśmy się do tunelów świątynnych na karne modlitwy. Minęliśmy salę wypełnioną słabym światłem, które tliło się za grubym kryształem lamp dostosowanych barwą do rodzaju pobieranych dziś nauk. Tańczyło zieloną poświatą na twarzach dziewczyn zgromadzonych w jednym z podziemnych pomieszczeń. Wszystkie siedziały w jednakowych pozycjach na twardej podłodze wykutej w piaskowcu, pogrążone w ciszy. Każda skupiona na zsynchronizowaniu ciała z drganiem promienia odbijającego się w źrenicach. Łączyły się z boskością w sobie. Pracując nad oddechem wsłuchiwały się w rytm serca w celu osiągnięcia doskonałej harmonii z Systemem i przejść w stan zbiorowej świadomości. Służki, przyszłe Siostry, tak odległe nam.

Kiedy słońce zaczęło zachodzić za górami, a piach jeszcze palił przez podeszwy siatkowych sandałów, rozbrzmiał dźwięk dzwonu wzywający nas do pracy. W losowaniu przypadło nam pole z najstarszymi kaktusami. Usłyszałem w Mroku brak przypadkowości tego zdarzenia i poczułem żółć podsycaną potrzebą zemsty wśród kolegów z baraku.

Na polu nie było chwili wytchnienia. Nie patrzyliśmy sobie w oczy. Psy pilnowały nas od początku pracy. Czułem presję Systemu na karku, cięższą od spiekoty i bardziej dotkliwą od bólu pokłutych pod rękawicami dłoni. Kiedy ruszyliśmy na przerwę czarne plamki w kształcie kwiatostanów tańczyły mi przed oczami. Jakimś cudem dałem radę podtrzymać Witka, gdy ugięły się pod nim kolana. Ochłonąłem dopiero, gdy zasiedliśmy we trzech w pełnym cieniu pod akacją.

– Stare prukwy nie mówią nam wszystkiego – rzucił Lewy w odpowiedzi na moje spojrzenie i rozpalił zawijańca. – Wyciągamy Młodego i uciekamy. Muszę was prosić o pomoc. Uciekacie dalej z nami, prawda?

Spuściłem wzrok. Nie chciałem postawić się Lewemu. Witkowi, podobnie jak mnie, pomysł z uciekaniem od początku nie przypadł do gustu, a teraz morale dodatkowo opadło.

– Ale… ty chyba nie mówisz dalej poważnie z tym uciekaniem? – powiedział ostrożnie.

– Wszyscy musimy uciekać – odpowiedział z powagą Lewy i wypełnił płuca dymem.

– Gdzie uciekać?

– Do miasta.

– Na piechotę przez pustynię? Psy nas złapią!

– Musimy zaryzykować.

– Dlaczego?

Pytanie rozdrażniło Mrok w otoczeniu. Lewy jednak, zaciągając się głęboko, spowolnił świadomie rytm serca i odgonił ciemne macki od myśli. Zawsze imponował mi swoim opanowaniem.

– Młody był wczoraj w Świątyni – powiedział na wdechu.

– Co?!

Lewy wypuścił dym, rozkasłał się i podał Witkowi zawijańca.

– Wczoraj ta z trzeciego miała ślubowanie – powiedział między kaszlnięciami.

– Katarzyna?

– Tak. Młody miał zawsze bzika na jej punkcie. Zakradał się nocami pod babski barak. Pisał jej wiersze na ścinkach materiału, takie tam.

– Nigdy mi nic nie mówił…

– Żebyś go wyśmiał? Tak czy inaczej, uknuliśmy plan, żeby mógł podejrzeć jej ceremonię.

Miałem dość słów. Spojrzałem Lewemu w oczy i zobaczyłem w nich przyzwolenie. Znajomy chłód objął moje ciało. Żeby nie zgubić drogi w ciemnościach obcych myśli, zacząłem od bezpiecznego wspomnienia.

Noc w naszym baraku. Jest tak, jak zawsze. Dyżurny zmówił wieczorną pochwałę dla Matki Przełożonej i zgasił kwarcowe lampy. Przez chwilę chłopaki wymieniają się marzeniami i śmieją się z dziewczyn z drugiego skrzydła. Dzisiaj wszystkie płakały, gdy najstarsza z nich, ubrana w aksamitną sukienkę, przechodziła przez drzwi w zakonnym murze. Dziewczyny mają inne rytuały, które przygotowują je do życia w klasztorze – miejsca, którego nie opuszczą przez następne dwadzieścia lat. To tam zmieniają się w Siostry i dostępują łaski Systemu.

Przyśpieszyłem wspomnienie aż do momentu, gdy wszyscy się wyciszyli, a sam ułożony między kojami, wsłuchiwałem się w dźwięki z ciemnego kąta, gdzie leżał Lewy. Nasłuchiwałem, jak próbuje uspokoić oddech, a jego niepokój nie dawał mi odpłynąć w sen. Oczy Lewego błysnęły w ciemności, kiedy złapał moje spojrzenie. Przeskoczyłem przez Mrok i zobaczyłem jego oczami, jak zasłania przede mną kojo Młodego, wypchane kocami w imitacji śpiącego człowieka. Wszedłem głębiej. Ze wspomnienia wiedziałem już, że Młody dawno, skryty w cieniu, uchylił podwójne okienko za sanitariatami i niepostrzeżony wykradł się na zewnątrz. Słyszałem jego kroki na piasku, a z każdym z nich krucha wizja bardziej się łamała.

– Co dalej? – spytałem jeszcze Lewego, zanim światło zachodzącego słońca przebiło noc myśli, a duchota pustynnego powietrza przegoniła chłód obcego wspomnienia. Bąbelek wizji pękł, wciskając mnie w teraźniejszość.

– Sam go spytasz – powiedział już na głos, a dźwięki niesione w powietrzu podrażniły membrany moich w uszach.

– Kogo o co spyta? – zagaił Witek, przekazując mi zawijańca.

Witek uparcie pozostawał obojętny na jakiekolwiek pozazmysłowe zdolności, choć wiedziałem, że ma do nich dostęp.

– O to, co Młody zobaczył, jak się zakradł do Świątyni. Musimy go wydostać z domu jak najszybciej.

Lewy wyłożył nam swój plan. Zaskoczyła mnie wiedza, jaką posiadał i dopracowane szczegóły tego z początku szalonego pomysłu. Na koniec nawet Witek przyznał, że Lewy miał racje. Wszyscy musieliśmy uciekać.

Wracaliśmy na roboty w absolutnym milczeniu, nie tylko przed psami, ale i sami przed sobą. Heretycy. Bluźniercy gotowi walczyć o prawo do życia na własny rachunek, gotowi przeciwstawić się Systemowi. Niedługo, jeżeli wszystko dobrze pójdzie, zobaczę świat dalej, niż mogłem sięgnąć wzrokiem z czubka naszej akacji. Zobaczę świat za Szklanymi Górami. Zwiedzę niezbadane tereny za pustynią, albo zatopię się w luksusach zepsutej metropolii i zaznam ich zakazanej wolności.

***

część trzecia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *