Dół, w którym palą trupy – część czwarta

Starszy był niemową, urodził się bez wykształconego języka. Po latach służby wierzył, że było to błogosławieństwem Systemu, które pomagało mu dochować tajemnic funkcjonowania klasztoru, bez którego dawno wykrzyczałby wszystko, co leżało mu na duszy. Nauczył się jednak, że tak wyglądał jego świat, w takiej żył rzeczywistości, może niesprawiedliwej, może okrutnej, ale stworzonej przez mądrzejszych od niego i służącej wyższym celom. Wychował się w tym klasztorze i wiedział, że nie wolno było ani narzekać, ani się skarżyć. Tylko idiota gryzie rękę, która go karmi. Był sługą klasztoru – rękami samej Matki Przełożonej, jedynym wybranym z jego rocznika, który wykazał zdolności nadzmysłowe. Tyle nadziei pokładano właśnie w nim. Bez niego runęłyby bezpieczne mury, które chroniły wiarę przed Mrokiem bezlitośnie szerzącym spaczenie po pustyni.

Choć był niemy, nie doskwierał mu brak zdolności biologicznej mowy. Nadrabiał nadzmysłami, które były więcej niż kompensatą za deficyty wywołane intencjonalną mutacją. Dzięki swoim wyczulonym zmysłom i rozwiniętej ponad ludzkie możliwości sile fizycznej trzymał cały klasztor w ryzach. Dostrzegał szczegóły, o których inni nawet nie mieli pojęcia. Codziennie poprawiał swą wydajność, gdy wyostrzał wzrok, stroił słuch czy przeskakiwał przez przestrzenie myśli. Wiódł żywot człowieka doskonałego, króla małego królestwa, drugiego jedynie po samej królowej.

Tego dnia zbudził go znajomy syk rozgrzewanego różowego kwarcu gór, na których radioaktywne szczyty padały pierwsze promienie wschodzącego słońca. Wsłuchiwał się w mikrodrgania powietrza, zmawiając litanię do Systemu. Niech pochwalone będzie światło, niech pochwalone będzie słońce. Niech życiodajny blask Systemu odgoni cienie degeneracji i zmyje niepewność ze zlęknionych serc.

Jak co dzień, gdy tylko otworzył oczy, zbadał detale w pomieszczeniu, w którym sypiał. Wszystko na swoim miejscu. Zamknął powieki i przeplótł połączenia neuronowe, by zmaksymalizować uwagę, skupiając ją na świadomym słuchaniu. Zaczął skanować otoczenie za domem… Cholera! Złapał klucze od magazynu PSów, zawinął twarz chustą termiczną i wybiegł z domu w świt.

Omiótł wzrokiem podwórko i zbadał ślady pozostawione na piasku. Wydostali się w nocy, pył zdążył już osiąść na topie. Cwane bachory biegną na zachód ze słońcem w plecy. Grzeszne myśli zaatakowały spokój jego wiary, a Mrok zaczął wpełzać lękiem w harmonię zbudowaną na jej bezpiecznych filarach. Starszy uspokoił umysł i uświadomił sobie, że kierunek ucieczki nie robił żadnej różnicy. System chronił go tak samo zawsze, nie było miejsca na zwątpienie. Nowe PS-siódemki dopadną bluźnierców w niecałe trzy godziny, a bezlitosna pustynia pozbędzie się za niego ciał. Nawet jeżeli uciekli tuż po tym, jak zmożony snem oddał się odległym fantazjom, mogli oddalić się co najwyżej o sześć godzin biegu, zakładając przy tym, że nie popadali ze zmęczenia o wiele wcześniej. Wschodzące słońce spowolni ich parokrotnie.

Nie było sensu niepokoić Sióstr. Wystarczy najdrobniejszy fragment materiału biologicznego któregoś z uciekinierów, a PS7 namierzy go i dogoni choćby na krańcu znanego świata. Starszy skierował się w stronę magazynów. Pył wzbijał się od jego ciężkich, szybkich kroków. Klucz zadzwonił o płytkę rozkodowującą zamek w żelaznych wrotach, za którymi sześć ciężkich oddechów mówiło mu, że Siódemki już od dawna czuwają. Zwęszyły nieobecność chłopców mimo braku alarmu terytorialnego. Po raz kolejny w swoim półwiecznym życiu poczuł więź z potworami – sam w końcu był potworem, mutantem stworzonym podobnie jak one na potrzeby zakonu.

Pogłaskał pierwszego PS’a, a ten zmrużył oczy. Starszy wiedział, że to zaledwie odruch, zakodowany w biopamięci bestii. PSy nie posiadały słabości, jaką były uczucia czy potrzeby. Doznania sensoryczne, takie jak głaskanie, nie robiły na nich najmniejszego wrażenia. Pozostawione bez rozkazów stałyby w bezruchu tak długo, aż biologiczne ciało nie odpadłoby zgnilizną od metalowego szkieletu.

Co innego krew. Krew robiła na Siódemce stosowne wrażenie. Do tego przecież istniały – search and destroy. Starszy wybrał stosowną próbkę z laboratorium i umieścił ją w pysku pierwszej jednostki. Etykietka na szklanej fiolce głosiła: „2050 005 – Lewy”. Kiedy informacja została zeskanowana na języku, biomechanik połączył się z Systemem strużką infoświatła, a ten wyszukał dane ofiary w bazach na podniebnych serwerach i przesłał je z powrotem promieniem do receptorów umieszczonych w koronie odbiorczej między uszami stworzenia. Wybrane PS7 zassało pyskiem gorące powietrze.

– Kierunek, południowy zachód. Średnia prędkość celu, piętnaście kilometrów na godzinę. Odległość, siedemdziesiąt sześć i dwadzieścia cztery setne kilometra. Przewidywany czas osiągnięcia granic klasztoru, czterdzieści trzy minuty – powiadomił mikrofon PS7.

Piętnaście kilometrów na godzinę? Jak to możliwe? To gnojki, w tym czasie za godzinę osiągną granicę wolnego miasta. Rejestratory zobaczą ich z murów, a za nim goniące dzieci PS7. Nagranie znajdzie się na Forum sekundy później. Nie było takiej możliwości. Sam wykreuje stosowną przyszłość i uda się osobiście w pościg. Wyśle PS’a przodem, niech wyznaczy mu drogę ciężkimi łapami.

W kącie magazynu czekała na niego jego perełka – ukochany Desert Chopper. Ścigaczem dogoni ich przed PS’em. Dzieciaki trzeba będzie pojmać i przetransportować poza zasięg skanerów miasta. Tam wszystko wróci do normy i będą mogli postąpić zgodnie z oryginalnym planem, a pustynia po nich posprząta. Nie tracąc ani chwili odpalił ścigacza. Wprowadził dane do skanera, założył kask i zapiął lekki pancerz. Nie był ryzykantem, nie czerpał przyjemności z tego, co musiał zrobić.

– Wykonać – przekazał maszynie.

Zostawił po sobie długą na kilkanaście metrów chmurę czerwonego pyłu, kiedy wirniki obu silników maszyny zaskoczyły jednocześnie z ogłuszającym hukiem. PS7 pozostałe w hangarze nawet nie drgnęły, były pozbawione słabości lęku – przeszły w stan czuwania. Czekały na sygnał z Desert Chopper’a, by rzucić się za nim w pościg. Pod zamkniętymi, biologicznymi powiekami przeliczały zapętlone funkcje drogi, czasu i prędkości, kreśliły na satelitarnych mapach tor, po którym biegł ich zwiadowca. Połączyły się z jego sensorami.

Trzy kilometry dalej zielony laser zeskanował głębokie ślady na piasku. Były oczywiste. Chłopcy nie biegli – sunęli. Potwór przeanalizował wyrytą zapadlinę i przeliczył moc ich pojazdu. Za wysoka na niemechaniczną, brak danych na serwerach Systemu by doprecyzować.

– Co też gówniarze wykombinowali i skąd wytrzasnęli niezbędny sprzęt? Lewy musiał mieć pomoc. Będzie piekło, jak wrócimy – pomyślał Starszy przeglądając nadesłany raport.

PS7 dostał rozkaz dogonić zbiegów zanim przekroczą sto drugi kilometr od klasztoru. W razie przekroczenia granicy miał zastygnąć i czekać na dalsze komendy. Niewidzialna linia pomiędzy ziemią Systemu, a terenem miasta, zgodnie z zasadą Trzeciego Pokoju stanowiła strefę bez przemocy. Stawka była wysoka. Starszy zwiększył prędkość ścigacza. Dogoni dzieciaki przed zwiadowcą. Los całego klasztoru był teraz w jego rękach.

***

Usłyszałem go wcześniej, niż pozostali. Póki wiatr wiał nam w plecy, mieliśmy szanse uciec. Czubek żagla solarnego błyszczał we wschodzącym słońcu, a temperatura powoli rosła. Kiedy pot wstąpił na czoło, a odległość od miasta zmniejszała się wolniej niż bym tego chciał, dostarczyłem Lewemu współdzielenie słuchu. Spojrzał nerwowo za siebie.

– Jak daleko są za nami?

Wszedłem w Mrok i przekazałem myśl w środek jego czoła.

– Nie zdążymy. Musimy się rozdzielić – odpowiedział mi werbalnie.

– Co? Nie ma mowy, Lewy… – zaprotestował Witek, jednak Lewy już wypinał się z szelek trzymających go do naszego skręconego ze skradzionych bioblaszek sandboardu.

– Założę się, że Starszy zamontował tylko moją próbkę na psie. Skręci razem ze mną i odciągnę go w stronę gór. Da wam to cenne minuty. Dopadnijcie do granic miasta, powiedzcie im co się dzieje, niech przyślą pomoc.

– A co z tobą?

Lewy nie odpowiedział, uśmiechnął się wyszczerzając zęby i wyrzucił zapasowy żagiel. Pustynny wiatr podbił go natychmiast w powietrze. Widziałem, jak lotnia skręca i wiruje miotana wektorami antagonistycznych sił, pędzona przez słońce i wiatr, lecz hamowana gęstą mazią Mroku. Patrzyłem, jak Lewy walczy z chaosem manewrując linkami. Stabilizowałem go myślą, tak długo, aż nie straciłem go z oczu. Usłyszałem jeszcze cień prośby:

– Chroń Witka przed lękiem.

– Będę – obiecałem.

Poczułem, jak umysł Lewego oddziela się od mojego, jak purpurowo-złota powłoka jego bliskości znika. Wspomnienie agonii Młodego obudziło się nagłą igłą w skroni. Ból i łzy ścisnęły mnie imadłem cierpienia. Z trudem opanowałem lęk. Świeże wspomnienie otrzymane od Lewego oplotło mnie swoimi mackami i przeniosłem się w nie bezwiednie. Tak nagła zmiana ciała wybiła mnie z koncentracji, a ciemność otoczyła zmysły posyłając w niebyt. Wyzbyłem się trwogi, skorygowałem rytm serca i wskoczyłem do wizji przekazanych mi wydarzeń.

Za duże spodnie polowe drażniły mnie supłem z szelek w kark, gdy zbliżałem się do świątyni, pełznąc na czworaka tunelem powietrznym. Z naprzeciwka dobiegały śpiewy Sióstr. Bezwolnie obserwowałem, jak przyśpieszam ruchy, jak odważnie zbliżam się do wentylatora, spomiędzy którego łopatek migało na mnie jasne światło Systemu. Poczułem w sercu miłość do kobiety, uczucie mi dotąd nieznane, rodzące chaos myśli i kłębiące tumany niepokoju. Szaleństwo w pierwotnej postaci. Dyszałem rozsynchronizowany. Przyłożyłem twarz do kratki wiatraka. Obraz świątynnej sali migał mi przed oczami.

Ściany podziemnej świątyni miały po dziesięć metrów wysokości. Biokable wiły się metalicznymi wężami po powierzchni piaskowego budulca. Zobaczyłem między nimi nagie ciała oplecione gęsto pajęczyną pulsujących przewodów. Białe uda rozciągały metalowe podstawki, a rurowody penetrowały podwieszone sylwetki ociekające półprzeźroczystym płynem. Twarze z wytrzeszczonymi w agonii oczami kryły maski tlenowo-pokarmowe. Prześledziłem wszystkie pary oczu i rozpoznałem w nich zielono-szare spojrzenie mojej miłości. Katarzyna. Mrok wdarł się panicznym lękiem i ścisnął duszę. Krzyk mimowolnie rozdarł nasze współdzielone gardło.

Wróciłem wyszarpnięty z wizji do własnego ciała i zwymiotowałem żółcią na krawędź sandboardu.

– W porządku? – zapytał z niepokojem Witek.

Kiwnąłem głową zbyt wyczerpany, by przekazywać mu kojące porozumienie. Zrozumiałem. Lewy strzegł mnie przed bolesną wiedzą, którą zdobył w ostatnim spojrzeniu Młodego. Osłaniał nas przed obłudą Systemu. Może myślał, że nie udźwignę prawdy, że lęk strawi mój umysł i wchłonie ducha, dokładając go do wciąż rosnącej mazi Mroku. Teraz ja będę chronił Witka tak długo, jak starczy mi sił. Biedak bez rozwiniętego nadzmysłu nie przeżyje przecież tej wizji. W najlepszy wypadku ją odrzuci, w najgorszym zwariuje w Mroku. Będę jego tarczą. Rozwinę koronę osłony na nas dwóch.

Gdy skończyłem malować w energii i z satysfakcją ujrzałem lekką błękitną aurę bijącą wkoło sandboardu, wyczułem bliskość granicy termicznej. Miasto było już niedaleko. Obejrzałem się na czerwone piaski, na chmurę pyłu, na głęboki ślad po naszym boardzie, na błyszczące szczyty Szklanych Gór. Próbowałem przebyć myślą pustynny Mrok. Upewnić się w tragicznych podejrzeniach. Jednak nie słyszałem ani Lewego, ani biomechanicznej śmierci, która go ścigała.

Słońce uderzyło w nas, gdy zbawienne mury rysowały się już na horyzoncie. Żagiel złapał promienie i nadał sandbordowi dodatkowy pęd, jednak skwar był nie do zniesienia. Zawinąłem Witkowi twarz chustą, zanim zawisł nieprzytomny w szelkach bezpieczeństwa. Czarne plamki wirowały mi przed oczami, a duchota odbierała sprawność umysłu.

Bańka powłoki termicznej miasta rozstąpiła się przed nami, absorbując pędzący sandboard do swojego chłodnego łona. Strażnicy wykrzykiwali instrukcje maszynom medycznym biegnąc w naszym kierunku. Dopiero kiedy obiecali wysłać patrol za Lewym, połknąłem podane hydrokapsułki i zapadłem się w kojącą tlenową toń kabiny ratunkowej.

***

część piąta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *