Acid Park, rozdział pierwszy, część piąta

Siedziała skulona w kącie pierwszego baraku i bawiła się zmierzwionymi włosami – szara sylwetka odziana w obdarty fartuch medyczny. Włosy wypadały garściami z częściowo łysej głowy i tworzyły groteskową pajęczynę między jej palcami. Wyraz zabrudzonej twarzy przedstawiał absolutną fascynację. Para zamglonych, kiedyś zapewne niebieskich oczu utkwiła we mnie i znieruchomiała w szarej twarzy.

– Awitaminoza – szepnęły popękane usta.

– Brak witaminy A może doprowadzić do rozmiękania rogówki – kontynuował wypowiedź bezosobowy głośnik w krtani.

Kobieta, podniosła się z kąta i chwiejąc się zaczęła stąpać nieregularnie w moją stronę. Przekształciłem nadgarstek i zaczekałem na jej reakcję. Na dźwięk inicjowania scyzoryka kobieta przystanęła, a w jej zabielonych oczach przez chwilę zdawała się błyskać iskra poczytalności.

– Oddałam mu swój cały zapas, wszystko. Żeby mógł powiedzieć… – smutny, cichy głos załamał się, a w jego miejsce głośnik zaczął recytować oklepane formułki z medypedii. – Wysychanie błon śluzowych, zmniejszona odporność, pogorszona kondycja fizyczna, rozdrażnienie, bóle stawów, wypadanie włosów oraz suchość i rogowacenie skóry.

Jej mięśnie drgały pod ciężarem jej ciała. Wyciągnęła ku mnie roztrzęsione ręce, a jej spojrzenie ponownie zabłysło świadomie.

– Masz koktajl? Proszę… masz?

– Nie mam – odparłem, nie chowając scyzoryka. – Ale mam w wozie. Chodź ze mną.

– Jesteś strażnikiem?

– Tak.

– Zabijesz mnie.

– Nie, dopóki nie dasz mi powodu.

– Pracujesz dla Propylca?

– Pracuję dla miasta.

– Pies! Pies Propylca!– krzyknęła kobieta i próbowała rzucić się do ucieczki, ale mięśnie wysiadły jej po paru skokach.

Runęła z impetem w stertę gruzu, rozcinając skórę czaszki o krawędź betonowego słupa. Krew popłynęła drobnym strumykiem po jej skroni. Schowałem scyzoryk i zbliżyłem się do kobiety, wyciągając do niej dłoń.

– Nie wszyscy. Chodź ze mną. Pomogę ci.

– Za późno – odparła, walcząc z dreszczami. – Degeneracja tkanek nieodwracalna. Mój mąż… ma dane. Szukają go.

– Nie masz męża. Nie możecie się wiązać.

– Surfer złamał kod.

– Jaki surfer?

Jej oczy zaszły mgłą, a ciałem szarpnęły gwałtowne spazmy. Kobieta miotała się, raniąc odsłoniętą skórę o kawałki szkła i metalu sterczące z gruzów.

– Witamina B2 współdziała w funkcjonowaniu układu nerwowego… Klinika! Acid Park! – wyrecytował głośnik na zmianę z krzykliwym, pełnym rozpaczy głosem. – Kontroluje proces uwalniania energii… Pająki! Pająki po drodze! …tworzenie hormonów, enzymów i hemoglobiny.

– Spokojnie, chodź ze mną. Możesz wstać?

– Robert! Robert! – wykrzyknęła, targana konwulsjami.

Z moich ust uciekło westchnienie. Załączyłem wspomaganie układu dodatkową adrenaliną i schyliłem się, by unieść ciało kobiety.

– Chodź, zaniosę cię do Roberta.

– On ma pliki. Travelton! Zabiją go! Psy! Psy!

Włączyłem dotykowy soft łamiący, który dezaktywował androida. Miałem dość. Syntetyczne ciało zwiotczało mi w objęciach, a powieki zasłoniły zabielone oczy. Wyszedłem z baraku, niosąc ją w kwaśny deszcz.

***

Byłem w połowie drogi do wozu, kiedy ziemią zatrząsł pobliski wybuch. Jerry musiał spotkać się z oporem, albo tak przynajmniej zezna w swoim raporcie. Drugi wybuch zrzucił tynk ze ściany pobliskiej elektrowni. Pościg zatem trwał. Miałem jeszcze szansę sprowadzić oba cele do bazy.

Przełączyłem lewe oko na śledzenie dronów, a system wyznaczył trasę ucieczki androida. Jerry nie prosił o wsparcie, choć dane wyraźnie wskazywały spadające prawdopodobieństwo przechwycenia celu. Skubany nawet nie próbował. Chciał znaleźć się jedynie w zasięgu strzału.

Położyłem medyczkę plecami w rdzawym błocie. Krople deszczu mieszały się z krwią na jej nieruchomej twarzy. Przemogłem się, żeby ją tam zostawić i ruszyć z odsieczą, nie tyle dla Jerrego, co dla syntetyka o imieniu Robert, który lada moment zamieni się w chmurę żrącego kwasu.

– Zaraz wrócę – powiedziałem bardziej do siebie niż do szarej twarzy i przełączyłem tryb na ścigacza.

Szkła wyznaczyły mi trasę między zabudowaniami. Wbiegłem po zwalonym słupie i skoczyłem na gzyms, z którego płynnie przedostałem się na dach elektrowni. Mogłem dostrzec stąd drony, krążące nad celem. Przełączyłem lewe oko na współdzielenie z Jerrym. Był offline. Znowu będzie twierdził, że zapomniał się aktywować. Jakoś zawsze, gdy zapominał o szczegółach, musieliśmy po akcji wypełniać czerwone papiery.

Spostrzegłem Jerrego w alejce pode mną. Przeładowywał działko osobiste. W przebłysku zastrzyku adrenalinowego uświadomiłem sobie, że nie realizował zwykłego zlecenia. To było polowanie, a Jerry był pieprzonym myśliwym. Zanim zdążyłem krzyknąć ostrzeżenie, trzeci wybuch zatrząsł budynkiem i ściana działowa zawaliła się na alejkę, blokując Jerremu trasę. Przeskoczyłem nad wyrwą i nie oglądając się na swojego partnera rzuciłem się w kierunku oddalających się dronów. Przechwycenie celu za sto metrów. Aktywowałem scyzoryk i zeskoczyłem z dachu prosto przed uciekającego medyka.

– Cześć, Robert.

Android zastygł w miejscu. Widać było, jak przelicza swoje możliwości. Blokady musiały dalej działać, inaczej z pewnością rzuciłby się na jedyną przeszkodę, blokującą mu drogę ucieczki – na mnie. Poza strachem w oczach mężczyzny nie kryło się żadne szaleństwo. Nie potrzebował za wiele czasu, by zdać sobie sprawę ze swojego położenia.

– Skąd wiesz?

– Spotkałem twoją żonę.

– Jak z nią?

– Źle. Musiałem ją dezaktywować.

– Zabiłeś ją.

– Spróbujemy ją naprawić.

– Nie możecie nas naprawić.

– Będziemy próbować. Pójdziesz po dobroci?

– Zabiją mnie.

– Kto cię zabije?

– Psy.

– Tak zalazłeś Propylcowi za skórę?

Robert wyciągnął palec wskazujący, w geście informacyjnym.

– Sam zobacz.

System poinformował o dostępnej transmisji danych, lecz zawahałem się przed otwarciem kanału.

– Weź je, zanim ten pies…

Czas zatrzymał się wtedy, a słowa zastygły mu w gardle. Usta i oczy rozszerzyły się w ekspresji absolutnej agonii na moment zanim skóra spłynęła z syntetycznej czaszki, odsłaniając obwody imitujące naczynia krwionośne i maszynowo splecione mięśnie twarzy. Naczynia pękły, uwalniając karmazynową fontannę, która spłynęła po polimerowych kościach policzkowych. Dłoń Roberta drżała, wciąż wyciągnięta w moją stronę, jakby utrzymanie wyprostowanej ręki skupiło w sobie resztkę woli androida. Kawałki drukowanego białka opadały syczącymi płatami. Wyciągnąłem własny palec wskazujący i na ułamek sekundy nasze systemy połączyły się w ostatnim transferze. W następnej chwili z Roberta została jedynie czerwono–biała plama na rdzawym błocie.

– Pierdolony blaszak! – warknął Jerry, wciąż mierzący z broni punktowej w miejsce, w którym przed chwilą stał android.

Jerry splunął w krwawą kałużę i kopnął pobliską stertę gruzu. Ekspresja roztapiającej się twarzy syntetyka natrętnie tliła się w moich płatach czołowych.

– Coś ty, kurwa, zrobił, Jerry?! – krzyknąłem na przyjaciela, a adrenalina w moich żyłach odpowiedziała chórem aprobaty.

– No co? – odpowiedział Jerry w udawanym zdziwieniu, dezaktywując działko w ramieniu.

– Przecież go miałem!

– Oj, weź przestań. Ten był mój, tak?

– Żywcem, tak! Mieliśmy go dostarczyć żywego!

– Stawiał opór.

– Gówno stawiał!

– Co? Doniesiesz na mnie?

– Nie wkurwiaj mnie bardziej, bo nie ręczę za siebie – powiedziałem, oddalając się od charakterystycznie cuchnącej plamy.

Śmierdziała chemiczną śmiercią. Oparłem się o ścianę i wyłączyłem wszystkie wspomagacze. Cichnący szum neurotransmiterów umniejszył uczucie złości, a racjonalny moduł przejął kontrolę nad świadomym myśleniem. Odwróciłem się od Jerrego i bez słowa ruszyłem w stronę wozu. Obiecałem sobie nie dopuścić, by cokolwiek stało się z kobietą, którą zostawiłem samą w kwaśnym błocie. Powinność walczyła we mnie z chęciami. Pragnąłem sprawiedliwości, tej jedynej rzeczy, która w tym przeklętym mieście nigdy nie była w cenie.

dalej

Jedna odpowiedź do “Acid Park, rozdział pierwszy, część piąta”

  1. – Co? Doniesiesz na mnie?

    – Nie wkurwiaj mnie bardziej, bo nie ręczę za siebie – powiedziałem, oddalając się od charakterystycznie cuchnącej plamy.

    hahahhaahahhh

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *