Poranek

Deszcz. Ciężko powiedzieć czy był przekleństwem, czy darem od wiecznie szarego nieba. Bił nieprzerwanie w pole siłowe, robiące za tarasowe okno, a z każdą kroplą mały dreszcz przeszywał mnie bólem głowy. Nie chciałem pamiętać, jak wróciłem do swojego śródmiejskiego apartamentu. Śmierdziałem fermentem parującym z mojej skóry, a kiszki skręcały mi się na samą myśl o wczorajszym wieczorze. Musiałem za późno uruchomić bypassy, a może zrobił to autopilot na chwilę przed tym, jak wpadłbym w kliniczną śpiączkę. Nie byłby to pierwszy raz.

Włączyłem system wewnętrzny i szybko wytrzeźwiałem, gdy alarm wyświetlił w kąciku oka powiadomienie: Intruz w lokalu. Łazienka. Wyciągnąłem scyzoryk z nadgarstka i nie zważając na porzucone na podłodze szorty, ruszyłem w stronę szklanych drzwi na końcu korytarza.

Zaparowana szyba skutecznie blokowała skan podczerwienią. Musiałem być gotowy na atak z każdej ze stron. Wysłałem prośbę o zdalne otwarcie łazienki i system rozsunął przede mną szklane wejście. Wskoczyłem w parę.

– Obudziłeś się, Timmy.

Leżała zanurzona w piane mojego jacuzzi. Pasma czarnych, jak sadza włosów kontrastowały z białym ręcznikiem zawiniętym na jej głowie. Zdjęła lodowe okularki i spojrzała na mnie tymi brązowymi oczami. Neisha.

– Wiesz, że nie lubię, jak tak do mnie mówisz – burknąłem.

– No cóż, ja za to nie przepadam za tym, jak goli paranoicy mierzą do mnie z broni.

Schowałem scyzoryk, zażenowany.

– Wskakujesz? Mam tutaj kawę, panacotte w polewie wiśniowej, świeże owoce…

– Drukowane?

– Oczywiście, że drukowane. Nie wyhodowałeś jeszcze sadu na tarasie.

– Nie jestem głodny.

– Nie każ się prosić.

Ten uśmiech. Byłem gotowy na wszystko poza nim. Zanurzyłem stopę w bąbelkowej toni. Nalała jak zwykle za gorącą. Zresztą i tak dzieci nie planowałem, ona nie planowała. Pewnie dlatego regularnie parzyła mi jajka w kąpieli. Usiadłem we wrzątku. Kawałek marakui wylądował między moimi zębami.

– Musisz coś jeść, skarbie.

Długie nogi oplotły mnie w talii. Wypielęgnowane paznokcie zanurzyły się w moich włosach. Zdążyłem przełknąć kwaśny owoc, zanim wiecznie umalowane usta przykleiły się do moich suchych warg. Pomacała dłonią w górę po moim udzie i znalazła to czego szukała. Uśmiech przeszedł w jęknięcie, gdy jednym szarpnięciem nadziała się na mnie. Nogi wciąż splecione na moich plecach. Piesi miękkie pod moimi dłońmi podskakiwały razem z nią. Woda wylewała się synchronicznymi falami na mozaikową podłogę.

– Tyma – jęknęła – kocha… – jej głos zmienił się w cyfrowy skrzek, a usta wypluły na mnie burgundową strużkę gęstej krwi, która zaczęła raptownie wyciekać czerwonymi łzami także z jej oczu.

Spadła ze mnie, zniknęła pod pianą, a woda zaróżowiła się błyskawicznie. Rzuciłem się i próbowałem wyciągnąć jej ciało, nagle ciężkie i śliskie pod powierzchnią mydliny. Wynurzyła się sama, lecz zamiast twarzy miała jedynie nadtopioną sylikonową maskę. Wyrwała garść kruczych loków ze swojej głowy i wyciągnęła ku mnie ręce pełne pozlepianych krwią włosów.

– Tyma! – jej krzyk był już tylko piskiem w moim umyśle.

Piszczał budzik. Otworzyłem oczy w mojej blaszanej trumnie. Musiałem być grubo zrobiony, że wybrałem scalić wspomnienie Neishy w bazę moich snów.

– Skasuj nagranie – rzuciłem komendę przez zęby.

– Z biblioteki czy z dysku? – spytał software trumny.

– Z dysku.

– Jesteś pewien?

– Tak, kurwa, jestem.

Jej uśmiech zniknął mi sprzed oczu.

– Plik usunięty – zakomunikował niepotrzebnie metaliczny głos.

Otworzyłem pokrywę obskurnego urządzenia i oparłem stopy na podłodze. Sen pomieszał sensację moich zmysłów. Nie czułem zimna, które zwykle doskwierało mi zaraz po przebudzeniu. Siedząc na krawędzi trumny sięgnąłem do robota kuchennego. Śniadanie już czekało, dokładnie takie, jakie lubiłem. Dwie tabletki białkowe i kubek czarnej kawy. Wstałem. Autopilot zamknął wieko trumny i przygotował ją do dezynfekcji. Żółty gaz wypełnił komorę i wyczyścił ją z mojego smrodu. Szkoda, że sam mogłem tak łatwo usunąć jedynie niechciane wizualizacje w płacie czołowym. Utopiłem w kawie smak marakui zmieszanej z krwią, który ciągle tkwił w tyle gardła i przełączyłem szkła w tryb firmowy.

– Dzień dobry, kolejny piękny dzień w piekle. Ktoś wczoraj nieźle popłynął.

– Daruj mi, Jerry. Co na dzisiaj?

– Dwa blaszaki do znalezienia. Byli medycy.

– Wspaniale. Wyślij mi współrzędne. Będę tam za chwilę.

– Spokojnie, nie ma pośpiechu. Są głęboko w strefie przemysłowej. Idź się umyj, czuć od ciebie przez hologram.

– Jak ty to robisz, Jerry?

Szelmowski uśmiech rozciął jego i tak uradowane oblicze.

– Mam lepszy sprzęt od ciebie, amatorze. Od małolata inwestowałem w wątrobę. Nie użalaj się nad sobą, bo się rozpuścisz. Widzimy się na miejscu.

– Taa… już nie mogę się doczekać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *