Tyma

Hałas nocy odbijał się z charakterystycznym szumem od wysokich ścian oszklonych budynków, a tysiące świetlnych zajączków tańczyło na wiecznie drgającym polu siłowym, ściśle okalającym każdy z niknących w smogu wieżowców. Ta olbrzymia, przeźroczysta powłoka w teorii powstała, by chronić budynki przed skażeniem, w istocie jednak robiła za niewidzialną tarczę dla przelewającego się ulicami tłumu, zasłaniając go nie tylko przed deszczem, ale przede wszystkim przed ekscentrycznymi pomysłami mieszkańców górujących nad deptakiem bloków socjalnych. Jeszcze parę lat temu losowy sprzęt domowy mógł w każdej chwili wylecieć z okna na czterdziestym-którymś piętrze i z impetem roztrzaskać się pod nogami, lub co gorsza na głowach nieświadomych zagrożenia spacerowiczów. Co prawda w tamtych czasach nikt o zdrowych zmysłach by też tędy zbytnio nie spacerował. Teraz potencjalne narzędzie zbrodni zwyczajnie odbijało się od bariery i, o ile nie trafiło rykoszetem w okno jakiegoś mniej fortunnego sąsiada, lądowało na jednym z piętrzących się pod blokami stosów elektrośmieci.

– Pozmieniało się, co? – głos Jerrego wyrwał mnie z rozmyślań – Patrz i podziwiaj, jak nad slumsami panuje „Ład i Porządek”. Pieprzony Travelton, ale trzeba przyznać, ładnie tu posprzątali. Normalnie bajka. Szkoda, że tylko dla tych cholernych turystów! – ostatnie słowa wykrzyczał w ucho mijanemu przyjezdnemu, który, zachwycony tą przypadkową napaścią, zdążył pstryknąć parę fotek szkłami swoich oczu, zanim długonoga piękność nie poprowadziła go dalej w tłum, przesyłając Jerremu jedynie groźne spojrzenie. Gdyby nie widoczna z kilometra odznaka na pancerzu, z pewnością posłałaby mu dodatkowo krótkie ostrze między żebra.

– Nic się nie bój, słodziutka, nie zjem ci go! – wydarł się jeszcze za nimi, po czym, niewzruszony, kontynuował swój niepotrzebny wywód.

– Spacer głównym szlakiem miejskim… Czuję się, jakbym lazł po kolana w rzece gówna. Każdy wysrany przez turystę cent dokłada się do tego syfu. Powinniśmy do nich, kurwa, strzelać!

Jerry miał trochę racji, choć jego stricto czarno biały świat dawno przestał mnie zajmować. Moralność Kalego, nasi i obcy, swoi i ci, których nie lubimy, ci, do których można strzelać, ci, którym nie współczujemy. Niestety, nasza przyjaźń kończyła się tam, gdzie kończyły się żarty, szczególnie, gdy chodziło o politykę. System, do którego po latach wszyscy zdawali się przywyknąć nieustannie godził w moje poczucie sprawiedliwości. Moje miasto przejrzało i znajdowało się w stanie fermentacji, z roku na rok zwiększając toksyczność i tak już zabójczej atmosfery, jak jabłko, które potajemnie gniło pod lśniącą skórką gęsto pokrytą konserwantami. Gnijemy razem z nim, my lokalsi, otuleni w celofan ignorancji, niezdecydowani, kiedy dokładnie powinniśmy wyskoczyć z rosnącego wkoło ukropu. Gotujemy się w nim powolutku i na własne życzenie, zbyt łakomi niekończącej się fali turystów, zlatujących się do miasta uparcie, jak muchy do trupa. Wspólnie, zamieniamy stale euro na używki i odwrotnie, napędzając monstrualne koła niewidzialnej machiny, Travelton Corporation, i choć nie byłem lepszy – jeden z miliona kręcących się pod dyktando trybików – dławiła mnie ta społeczna patologia nacierająca z każdej strony.

Mijaliśmy inwazyjnie migoczące szyldy salonów masażu, klubów nocnych i spotów VR. Z zewnątrz reklamowały światowej sławy marki, wewnątrz kryły spółki widmo gotowe przenieść klientów w miejsca zakazanych rozkoszy. Kto twierdził, że szczęścia nie można było kupić, z pewnością nie posiadał wtyczki. Choć fizyczny seks znudził się masom już w latach trzydziestych, a cyber w pięćdziesiątych, na mieszankę dalej łasi byli wszyscy, a najwięcej mieszańców mieliśmy właśnie tutaj.

– Taki prosty gość, jak ja nie ma tu czego szukać – rzucił Jerry i zagwizdał na luksusową eskorterkę, która w odpowiedzi pokazała mu fantazyjnie umalowany paznokieć, zdobiący jej środkowy palec. – Tu przyjeżdżają tylko tacy spaczeńcy, którzy chcą bzykać napędzane bateriami jądrowymi laleczki. Maszynki do fellatio nie odróżnisz na pierwszy rzut oka, nawet na drugi. Dopiero, jak umoczysz i włączą się te wszystkie dodatki, wiesz, że rżniesz blaszaną puszkę.

– Żywe kobiety też instalują sobie dodatki – skomentowałem i pomyślałem o Neishy.

– Blachary! – rzucił przez zęby Jerry i sprawdził kolejną boczną alejkę.

Paru ćpunów przestraszyło światło naszych latarek. Uciekli, pełznąc na czworaka w głąb ciemnej uliczki. Nienaturalnie wyciągnięte twarze czarniaków już mnie nie wzruszały. Nic tutaj nie było naturalne, a już na pewno nie dragi. Nawet zastrzyki domózgowe nie przetrwały próby czasu. Nie było sensu ich zażywać bez wtyczki. Nic nie miało sensu bez VR, bo przecież, po co ćpać cokolwiek innego? Co działało lepiej niż słodka, czarna ambrozja prosto z legalnych serwerów Traveltonu? Nic nie było lepsze, tańsze i bardziej dostępne. Po instalację wystarczyło wejść do pierwszego lepszego spotu, potwierdzić płatność skanem i podpisać zgodę na ingerencję w żywy mózg – w końcu, jeżeli ktoś nie chciał ryzykować spalenia sobie wszystkich obwodów w zamian za sekundę w objęciach ambrozji, mógł zwyczajnie nie szukać wrażeń w Wolnym Mieście.

Radar lokalny, jak zwykle pierwszy namierzył nasz cel. Dwieście metrów alejką na lewo. Wystarczyło parę kroków z dala od oświetlonego, zabezpieczonego siłówką szlaku, by znaleźć się w jednym z tych miejsc, które przestrzegały tylko własnych zasad. Pierwsza z nich brzmiała niezmiennie, że żadnych zasad nie było. Osmolone kłębowiska kabli i rur gromadzących deszczówkę całkowicie zakrywały niebo. Wchodziliśmy między nie niczym do pieczary czyhającego w ciemnościach drapieżnika.

Cel w zasięgu 50m zakomunikował radar na wspólnym kanale.

Granica ostatniej siłówki rysowała się przybrudzoną, iluminującą na żółto linią, za którą widać było już tylko nieprzebytą czerń. 10m.

– Co się dzieję, Tyma?

– Przez chwilę zdawało mi się, że…

– Tyma!

Czarne macki kabli owinęły się wokół mojej kostki i wciągnęły w ciemność. Fotokomórka zabłysła ostrzegawczo, gdy przekroczyłem niewidzialną granicę między światami: „Uwaga, opuszczasz strefę bezpieczeństwa.”

– Co ty nie powiesz? – przemknęło mi przez myśl, zanim się odwróciłem, by zmierzyć się z przeciwnikiem.

Szaleniec wyłonił się z cienia. Zobaczyłem jego twarz, gdy mignęła między zwojami kabli. Przekształciłem nadgarstek w krótkie ostrze laserowe i płynnym cięciem odrąbałem więżące mnie macki. Wygenerowane automatycznie endoopiaty stłumiły drażniący ból w nodze, lecz natychmiast w moją stronę poleciały następne ciosy. Zainicjowałem tryb bojowy, który usprawnił za mnie biochemię mózgu i słodka adrenalina popłynęła żyłami, a ból całkowicie rozmył się w morfinowym morzu. W ułamku sekundy byłem w pełnej gotowości i zwój za zwojem przerzynałem się do celu ‑ do czerwonego oka migoczącego pod plątaniną bioblaszek. Z każdą odciętą kończyną stwór zdawał się coraz bardziej ludzki, a kiedy w końcu ostrze zatrzymało się na pancerzu właściwym, zawył i rzucił się do ucieczki.

Zanim skręcił za róg alejki, dogonił go pocisk wybuchowy. Cyborg rozleciał się na setki części, które na naszych oczach roztopiły się w locie w chmurze kwasu towarzyszącej wybuchowi. Chmura następnie połączyła się z pyłem zanieczyszczonego powietrza i opadła, lekko sycząc w kałuży na poparzonym chodniku. Kwaśny deszcz nie był dla niego żadną nowością.

Ciszę po wybuchu szybko zapełniło wieczne buczenie miasta, które od dziecka kojarzyłem z przeszywającym dźwiękiem dentystycznego wiertła, obijającego się o powierzchnię syntetycznego zęba.

– Przesadziłeś, Jerry – burknąłem, gdy, jak zawsze w takich momentach, podniósł swoją nieprzekształconą dłoń i czekał, aż przybiję mu piątkę.

– Daj spokój, stary.

Jerry uśmiechnął się głupio, nie opuszczając ręki. Ominąłem go i udałem, że badam miejsce po wybuchu.

– Dopadłbym go żywego – powiedziałem do plamy wyżartej w chodniku.

– Przy czwartym stadium cyberpsychozy? W tej puszce nie było już nic żywego.

– Nie nam to oceniać.

– Mówiłem ci już, żebyś nie zaczynał do mnie z tą gadką, jak jestem trzeźwy. Mieliśmy robotę, załatwiliśmy ją. Zabezpieczyliśmy teren i rzeka gówna może płynąć sobie dalej. Nikt łezki nie uroni za tym blaszakiem. Chodź, stawiam pierwszą kolejkę.

3 odpowiedzi do “Tyma”

  1. Czuć klimat Cyberpanku. Ciekawe wprowadzenie w świat, dlatego mam nadzieję na więcej. Tym bardziej, że gra nieprędko się ukaże, więc będzie dużo czasu na napisanie dalszej części. W ogóle, cieszę się że umieściłaś na forum tego linka, bo widzę, że sporo tu interesujących rzeczy do poczytania, zresztą już sam opis o sobie do tego zachęca 🙂

  2. Dzięki, będzie więcej 😉 Już zabrałam się do pracy nad rozbudową tej historii. Wszystkie nowe teksty będą pojawiać się na blogu. Cyberpunkowy świat „Acid Park” powstaje równolegle z post-apo „Czerwone Piaski” (opowiadania „Forum” i „Dół, w którym palą trupy” dostępne także na alienhive.pl)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *