Bar

Człowiek, jak ten wirus dostosowuje się do wciąż zmieniającego się środowiska i podobnie, jak wirusa niełatwo go wytępić. Gdy burze permanentnie zasłoniły niebo i śmiertelne deszcze wybijały rośliny i zwierzęta, człowiek zwyczajnie skrył się pod ziemią i zaczął gromadzić deszczówkę, która dziś służyła mu za niekończące się źródło prądu. Generatory Traveltonu zasilane odparowanym kwasem rozświetliły na nowo świat, a Słońce znów wstało nad blokami i nikt nie narzekał, że hologramowe.

Nocą różnobarwne strzałki i trójwymiarowi nawoływacze kierowali zbłąkanych we właściwą stronę – prosto do wodopojów i cyfrowych kafejek, nakręcających ten skorumpowany rynek. Biały królik podbiegł do mojej nogi i obwąchał z zainteresowaniem kant roboczych spodni. Mrugnął porozumiewawczo i pohycał w ciemną uliczkę zostawiając za sobą smużkę białej mgły. Nie potrzebowałem jednak przewodnika, by trafić tam, gdzie mnie prowadził.

Bar lśnił odbity w kieliszkach obłąkanych bywalców. Topili w nich zarówno smutki, jak i radości, choć szczęście przereklamowało się wraz z opatentowaniem pierwszej wszczepki serotoninowej. Wyciszyłem powiadomienia od firmy i przełączyłem szkła w tryb prywatny. Jerry zajęty był wstukiwaniem zamówienia w blat naszego stolika. Miałem chwilę da siebie. Neisha, nie spotkam cię w takiej spelunie, jak ta.

Kelner wydał dwa piski ostrzegawcze, zanim wylądował na czarnym iksie pośrodku półprzeźroczystego blatu. Zostawił sześć święcących się na niebiesko szotów i wzniósł się bezszelestnie, by obsługiwać pozostałych gości. Dziś planowałem wypić dowolną ilość słodkiej używki. Wyłączyłem bypass trzustkowy, nastawiłem autopilota na przyśpieszony metabolizm i zasuplementowałem mieszankę witaminową, zanim przechyliłem kielicha. Jerry uśmiechnął się spode łba. Nie potrzebowaliśmy toastu. Lepki płyn oblepił przełyk i zapalił przyjemnie w żołądku. Wrzuciłem kieliszek do zmywaka obok popielniczki. Jerry zgniótł swój w dłoni.

– Na drugą nóżkę.

To nie było pytanie, Jerry nie musiał pytać mnie o takie oczywistości. Wypiliśmy, a trzecia lufa była tylko wstępem do następnego zamówienia. Tym razem moja kolej wybrać truciznę. Czas się zabawić. Wezwałem kelnera. Sześć żółtych kieliszków zawitało na czarnym iksie.

– Mieszamy? – zapytał Jerry z błyskiem w oku.

– Nie chce mi się czekać.

– Jak chcesz. To za co?

– Za nic.

– Niech będzie. Za nic.

Wypiliśmy. Ekskluzywna używka, jak ciekłe złoto poparzyła usta. Poczułem pierwsze uderzenie, które rozluźniło napięte mięśnie karku i twarzy. Jerry mrugnął do mnie porozumiewawczo.

– To co, jesteś już wystarczająco nietrzeźwy? – zapytałem.

– Na gadki egzystencjalne?

– Tak.

– Zdecydowanie niewystarczająco.

– To co? Siup?

– Siup – wykrzywił usta, zanim je oblizał – ale szlachetne paskudztwo. Trucizna pierwszej klasy, prosto…

– Tak, tak, prosto z magazynów Propylca.

– Jak wszystko. Jak tu żyć?

– Nie da się – odparłem, unosząc trzeci kieliszek z ciekłym złotem.

– Nie da – potwierdził i uniósł swój w odpowiedzi.

Bar przyjemnie zawirował. Hologramy półnagich tancerek zdawały się spoglądać prosto w moje oczy. Ich piersi opadały w idealnej imitacji siły ciążenia, a każdy centymetr hologramowej skóry był dostosowany do półmroku otoczenia. Turysta pomyliłby je z oryginałem. Phi, oryginałem, tancerka z nagrania pewnie już dawno gniła w dokach, ale jej zarejestrowany duch będzie wiecznie wirował w dymie nad stolikami, ku naszej wątpliwej uciesze.

Muzyka dobywała się z bliżej nieokreślonego źródła. Przestarzały, poczciwy software knajpy nie łączył się inwazyjnie z naszymi zmysłami, jak w tych bajeranckich kafejkach w śródmieściu. Tutaj muzyka była jeszcze muzyką, zwykłą falą, niosącą się w zanieczyszczonym powietrzu, a nie strumieniem cyfrowych danych grających bezpośrednio w twoim mózgu. Dobry, stary bałagan. „Droga bez powrotu”, jak głosił dumny napis nad barem. Właściciel, leciwy już Biggs zapraszał nawet okazjonalnie żywych muzyków, równie leciwych jak on, którzy wygrywali dźwięki z przeszłości na swoich archaicznych cudeńkach zrobionych z prawdziwego drewna. Drewna, które jeszcze pamiętało lasy. Teraz już tylko recykling i drukarki 3D, nadające przetworzonym substancjom dowolne, fantazyjne kształty. Rozwój technologiczny nie szedł jednak w parze z ewolucją sztuki, przynajmniej nie takiej, którą ja mogłem docenić.

Mimo rozluźnienia wyczułem zagrożenie chwilę zanim włączył się alarm mojej wszczepki. Uchyliłem się sekundy przed tym, jak dron z kwasem eksplodował mi nad głową i dałem nura pod półprzeźroczysty blat, a ten zaczął topić się szybciej niż było to planowane. Wypełzłem spod niego, zanim pierwsza kropla przeżarła się na wylot. Jerry nie czekał by zapytać, jak się mam, biegł w stronę baru. Biggs zrozumiał, co się dzieje i jeszcze zanim Jerry do niego dopadł, uruchomił blokadę drzwi i okien. Hologramowe tancerki zniknęły, muzyka przestała zaburzać powietrze, a goście zastygli na moment w absurdalnych pozycjach, zanim gwar nie podniósł się lawiną pretensji.

– Co jest, kurwa? – wykrzyczał ktoś z tłumu.

– Straż miejska! Proszę zachować spokój – krzyknął w odpowiedzi Jerry.

– Będę spokojny, jak otworzysz te pieprzone drzwi! – odezwał się ktoś inny.

– Zamach na funkcjonariusza! Proszę wszystkich o pozostanie na miejscach!

Podczas gdy Jerry pacyfikował któregoś z gości, ja skanowałem wnętrze przekształconego bunkra w poszukiwaniu zamachowca. W kącie za barem. Niewidzialna nanostrukturalna skutecznie go maskowała, ale ciepła oddechu już nie zdołała zatuszować. Ucieszyłem się, że oddychał. Człowiek. To znacznie ułatwiało sprawę i może oszczędzi nam zbędnych ofiar. Ci narwańcy mieli w zwyczaju wysadzać się tuż przed aresztowaniem. Przesłałem do Biggsa i Jerrego szybkie info, by uruchomili filtry oddechowe, zanim dyskretnie poturlałem w kąt granat gazowy. Ciche syknięcie towarzyszyło uwolnieniu chmury usypiacza. Goście posypali się po podłodze, a razem z nimi nasz kameleon. Podszedłem do zakamuflowanego ciała i pulsem spaliłem mu obwody. Hologram zniknął odsłaniając zniszczone ulicą oblicze jakiegoś dzieciaka. Śpiący wyglądał pewnie na mniej niż miał w rzeczywistości.

Minuty później patrzyliśmy, jak krawężniki pakują małoletniego zamachowca do pancernej puszki. Miejski hectodron uniósł celę i poleciał w kierunku bloku przesłuchań. Przez krótką chwilę zrobiło mi się żal kameleona. Ponownie wyłączyłem bypass trzustkowy i wróciłem do usłanego śpiącymi ciałami baru. Przeskanowałem na wszelki wypadek tłum – żadnych turystów. Nie było potrzeby wzywać karetki. Biggs napełnił kieliszki ciekłym złotem i włączył muzykę. Hologramowe tancerki były dla nas wystarczającym towarzystwem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *