Acid Park, rozdział pierwszy, część czwarta

Szczury uciekały przed światłem naszego radiowozu, rozbiegając się we wszystkie strony, jak karaluchy uchodzące przed płynem do dezynsekcji. Te brudne, wychudzone postacie otulone grubo w plastikowe śmieci budziły we mnie uczucia z pogranicza wstrętu i litości. Folie i pocięte butelki pozszywane ze sobą jakimś historycznym sposobem tworzyły szczelną powłokę osłaniającą skórę przed kwaśnymi deszczami. Nawet ich twarze były zakryte stale zaparowanymi foliowymi siatkami, a oczy skrywały przyciemnione gogle.

Szczury były egalitarnym plemieniem.Wszyscy walczyli na równi ze sobą, ginęli obok siebie, mężczyźni, kobiety czy dzieci, nierozróżnialni, ich ciała i twarze tak samo ukryte pod grubą warstwą śmieci.Malowane na ramionach znaki symbolizowały przynależność wojowników, do któregoś z licznych klanów.Dzieckiem przestawałeś być skończywszy siódmy rok życia. Wtenczas małe szczury otrzymywały pierwsze insygnia i musiały wyjść z kanałów, w których się urodziły i wychowały, by bronić plemienia. Choć szczury najbezpieczniej czuły się pod ziemią kanały dawno się przeludniły i przyjmowały jedynie ciężarne kobiety oraz małe dzieci. Reszta plemienia zamieszkiwała górujące nad nami pustostany, porzucone fabryki i biurowce. Nadpalone od deszczówkigipsowe tynki starych, okalających ciasno ulicę budynków, co jakiś czas spadały nam na maskęmałą lawiną dymiącego gruzu.Minęliśmy namalowane czerwoną farbą na szarych murach szczurze przysłowie: „Ulica zabija tylko słabych”.

Zwiadowcy przyglądali się nam z piwnicznych okienek mierząc do nas z upiłowanych luf karabinków MSBS. Bez sensu. Niewiele mogłyby zdziałać na najnowszej generacji nanowłókna naszego opancerzenia. W praktyce szczurze gangi różniły się od naszych jedynie ograniczonym dostępem do technologii. Ta sama brutalność, te same cele, jednak tutaj zamiast przetapiać plastikowe odpady na nieprzenikalną, poliamidową masę wszystkie znalezione śmieci zszywano ręcznie, a współczesna broń była rzadkością. Anarchiści z Acid Parku załamaliby ręce nad marnującym się tu polimerowym morzem, z którego sami wydrukowaliby dowolną broń czy wytopili kuloodporną zbroję. Tu jednak, po drugiej stronie bariery, czas się zatrzymał. Metahera dalej była królową używek, a handel bronią skupiał się wokół muzealnych reliktów pozostawionych po przemarszach Armii Wschodniej.

Jerry uśmiechał się szeroko na widok chmary laserowych celowników tańczących na naszej karoserii. Byłem pewien, że specjalnie nie włączył maskowania, wszystko żeby sprowokować ten półdziki tłum. W duchu zawsze liczył na rozróbę. Uwielbiał testować nowe zabawki, a w śródmieściu nie mógłbybez wyraźnego zagrożenia, odpalić tych granatów mgłowych, w które dopiero co wyposażyli nasz wóz. Chmura gazowego superkwasu powstała z pojedynczego granatu przeżarłaby się przez cały ten gang, przetapiając ich na sadzę w mgnieniu oka. Zamiast krzyków w powietrze wzniosłaby się tylko para wodna z ich ciał, a jedynym śladem po rozpadzie człowieka byłaby plama polietylenu wytopionego z jego ubrania, paląca się niebieskim płomieniem jeszcze przez dobre kilka minut po śmierci właściciela. Jerry kochał swoje zabawki.

Jechał nie spuszczając palca ze spustu. Wyłączył świadomie autopilota. Program zastanowiłby się dwa razy zanim wymordowałby gromadkę ludzi, a Jerry nie miał przecież takich ograniczeń.

– Tam. Skręć w lewo, ominiemy barykadę za rogiem – powiedziałem przezornie, wyczuwając wiszący w powietrzu zew do bitki.

– Możemy też przez nią przejechać – rzucił Jerry i uśmiechnął się, jak dzieciak idący pierwszy raz do miejskiego cyrku.

– Oszczędź mi zapachu palonego mięsa po wczorajszym.

– Mięczaku, nie piję więcej z tobą! – rzucił przez zęby i niechętnie zastosował się do mojej instrukcji.

Skręciliśmy z głównej drogi, omijając zespawane gruzowisko starych wozów i blaszanych kontenerów. Wąska alejka nadawała się doskonale na zasadzkę. Miałem nadzieję, że szczury nie zrobią nic tak głupiego, jak napaść na miejski radiowóz. Nie sądzę, bym mógł znieść widok topionych nastolatków bez zaaplikowania zapasowego wspomagania do i tak zaburzonej biochemii mózgu.

Nikt nie znał dokładnie populacji przedmieścia. Od rozpadu państwa, obszary nie przynoszące zysku były odcięte ekonomicznie. Ludzie żyli tu poza rejestrem, rodzili się i umierali z dala od światła miejskich neonów. Ich los nie obchodził nikogo, dopóki nie przekraczali granicznych pól siłowych. Mogła więc na nas wyskoczyć mała gromadka wyemancypowanych bandytów, ale mógł to być równie dobrze parotysięczny klan. Podobne napaści zdarzały się w przeszłości. Setki szczurów poświęcały życie, by ubić dwóch strażników, czy spalić radiowóz w odwecie za któreś z masowych morderstw w slumsach.

Rajdy na slumsy były nielegalne oraz surowo karane w szeregach straży miejskiej. Trafiali się jednak tacy, którzy mimo zakazów wypuszczali się poza mury na zakazane polowania, przez ekstremistów nazywane deratyzacjami. Nie zdziwiłbym się, gdyby Jerry należał do takiej grupy i wyruszał wieczorami, by testować na szczurach swoją celność. Uważał ich za istoty niższego rzędu, na równi z androidami. Jerry miał różne zalety, ale nie należała do nich moralność.

– Nuda, daleko jeszcze? – zapytał.

– Za tym rogiem helidrony ostatni raz widziały cel.

– Mogli posłać zamiast nas roboty.

– Mogli, ale komisarz chce medyków żywcem.

– Żywcem? Od kiedy to blaszaka można wziąć żywcem?

– Można. Od kiedy kongres…

– Już nie zaczynaj mi tu z tym swoim pieprzonym kongresem. Blaszak to nawet nie cyborg. Kiedyś można było strzelać do wszystkich bezpańskich, a teraz nagle spedaliło się społeczeństwo. Banda wykształconych decydentów! Nie pamiętają już rebelii, ani ilu chłopaków zginęło przez blaszaki. Pierdolę to. Jak mam nie strzelać to zostaję w wozie.

– Nie ma mowy, partnerze. Nie zostawię cię sam na sam z tym granatnikiem. Wywalisz wszystkie mglaki, zanim zdążę wrócić.

– A co? Też chcesz jednego?

Nie skomentowałem.

Kiedy zaparkowaliśmy między śmieciami, włączyłem przezornie maskowanie. Nastawiłem autopilota na czuwanie i zamknąłem alejkę dwuwymiarowym polem. Półprzeźroczysta powłoka powędrowała wzdłuż ściany i oddzieliła nas od zamieszkałych pustostanów. Jerry przez ten czas głośno zastanawiał się nad doborem broni.

– Paralizator, siatka z lepiakiem… O! Granaty błyskowe. Co by tu jeszcze…

– To medycy. Mają pozakładane blokady. Nie wiem, po co się tak zbroisz.

– Na wszelki wypadek! Może jeszcze te cacka, co? Wyrzucają na sto metrów pociski z ciekłym plastikiem, zatrzymają w ruchu rozpędzony samochód. Co ty na to?

– Przecież ich dogonię.

– Kaca masz!

– Dobra, bierz co chcesz, po co się pytasz?

– A co na szczury?

– To samo.

– No weź, Tyma, przecież będą do nas strzelać z ostrej.

– I nic nam tym nie zrobią.

– Chociaż jeden granat?

– Jerry, do kurwy nędzy!

– Dobra, dobra, ale biorę pociski osobiste. Ty dzisiaj piszesz raporty. Pamiętaj, żeby uwzględnić tę dyskusję. Nie jak ostatnim razem.

– Ostatnim razem myślałem, że żartujesz.

– Co jest zabawnego w pociskach siarczanowych? Tyma, czasem myślę, że nie bierzesz sobie do serca naszej roboty. Mamy pilnować tu porządku.

Uśmiechnął się zawadiacko, sięgając po wyrzutnię.

– Daj już spokój i wyciągnij drony.

Rozczarowanie malowało się na jego twarzy, ale posłuchał i wyciągnął z wozu skrzynię z autonomami. Ruszyliśmy w stronę ostatniego znacznika. Alejka kończyła się nadtopionym płotem. Po drugiej stronie rozpościerało się szaro rdzawe błoto dawnej elektrowni. Przeżarte na wylot słupy elektryczne leżały jeden na drugim, od lat bezużyteczne. Zostawione na śmietniku przestarzałych technologii. Aktywowałem trzy drony i wysłałem je w różnych kierunkach, zbierając informacje na naszych szkłach.

– Dwa sygnały, jeden na wschód…

– Przecież widzę – odpowiedział zirytowany Jerry – biorę prawą stronę, spotkamy się przy wozie. Postaraj się wrócić w jednym kawałku, szczurolubie.

To mówiąc, przeskoczył nadżarty płot i ruszył, głośno chlapiąc rdzawym błotem w stronę zabudowań elektrowni. Widziałem, jak ładuje do ramienia pociski osobiste. Westchnąłem, bezradny i ruszyłem za swoim celem.

część piąta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *